Hrabia, Markiz i Naomi przez pokój weszli na wysokie schody kamienne, prowadzące do innej, większej jeszcze izby, która niegdyś była refektarzem klasztornym; ale klasztor już był zburzony i pozostał się tylko jeden kościół. Tu podłoga już była z drzewa, rzecz w krajach południowych dosyć niezwyczajna. Sklepiony sufit tworzył kilka łuków, na ścianach wisiały zwiędłe wieńce, a w środku uformowane były z liści dębowych dwie litery O i T, początkowe głoski nazwisk Overbecka i Thorwaldsena, którzy obadwaj w swoim czasie wyprawiali Pontemolle i których cyfry przy każdej nowej uczcie odnawiano ku wiecznej pamiątce.
Tak samo jak w pierwszej izbie, i tu stały długie stoły, nakryte szarymi obrusami; lampy mosiężne, każda o sześciu płomieniach, paliły się w bliskich między sobą przestankach, a pod sklepieniem zaległy gęste chmury dymu fajczanego. Wzdłuż stołów siedzieli na ławach artyści, starzy i młodzi, po większej atoli części Niemcy, którzy właśnie zaprowadzili owo życie cokolwiek zbyt pijackie. Wszyscy mieli wąsy, hiszpanki, a nawet bródki, niektórzy loki; jedni zdjęli surduty, inni siedzieli w bluzach. Tu był sławny, stary Reinhard w skórzanej kurtce, z czerwoną, wełnianą czapką na głowie, który psa swego przywiązał do poręczy od krzesła; tu siedział Overbeck z gołą szyją i długimi włosami, spadającymi na wyłożony kołnierz od koszuli, zupełnie à la Rafael, bo spokrewniony będąc geniuszem sztuki z Peruginem i Rafaelem, przez słabość naśladował ich nawet w ubraniu. Wnet ujrzano przybranych świątecznie dygnitarzy Pontemolle, najprzód tak zwanego generała, którego mundur zasiany był orderami i gwiazdami z papieru, — następnie, przy prawym jego boku, kata z obnażonymi rękami, ze skórą tygrysią zwieszoną przez ramiona, trzymającego w ręku topór i rózgi, — po prawej stronie zaś minezyngiera, w birecie i z gitarą, na której schwyciwszy kilka silnych akkordów, czekał wtóru tonów na dworze. Rozpoczął się pewien rodaj duetu: niby to artysta stał za drzwiami, który chciał przejść przez Tyber. Nareszcie śpiewak harmonijnym głosem udzielił pozwolenie, po czym wszedł obcy z tłumoczkiem na plecach, z twarzą biało pomalowaną, z długą brodą i włosami z lnu, a paznokciami z tektury. Zaprowadzono go do stołu, wszystko przy odgłosie właściwych pieśni, podano mu kielich wina i odczytano prawa, z których najważniejsze były następujące: — Będziesz kochał twojego generała! — Potem wlazł na ławę i na stół, obcięto mu fałszywe włosy i paznokcie, zdjęto ubiór podróżny i w zwyczajnym ubraniu po drugiej stronie stołu zlazł na podłogę: to było Pontemolle. Podczas tej ceremonii wiały ze wszystkich ścian chorągwie, orły i różne godła artystów. Jeden grał na trąbce, drugi bił w talerze cynowe, psy szczekały, Tyrolczycy śpiewali, i zaczynała się bachanalia. Wszyscy obwiązali sobie głowy serwetami i przy pieniach poważnych rozpoczęła się procesja zakonników, najprzód naokoło stołów, później przez stoły, jeden przez drugiego, sławni na całą kulę ziemską artyści razem z początkującymi niemal dyletantami. Każdy popisywał się ze swoim talentem, zaintonowano pieśń śmiechu, pieśń bednarską, do której wszyscy jakby młotkiem w takt rękami walili po stołach. Podczas tych zabaw wpadło czterech prawdziwych żandarmów z bagnetami na karabinach i przyaresztowali jednego ze starszych znakomitszych artystów: zamieszanie było powszechne, krzyki i oppozycya dały się słyszeć ze wszystkich stron, aż nareszcie jeden z żandarmów wybuchł głośnym śmiechem i wszystko wyjaśniło się, jako żart umówiony z góry przez samego artystę, który tym sposobem przyczyniał się do ogólnej wesołości. Potem postawiono na stole cztery dymiące waze ponczu, dar jednego z obecnych, który nie chciał się dać poznać, tak iż jednogłóśnie wszyscy wypili za zdrowie „niewiadomego dawcy!”
Przypadkiem wszedł teraz biedny Włoch, który prosił i otrzymał pozwolenie do pokazania swojej sztuki; umiał bowiem wybornie naśladować głosy zwierząt, co mu psy tamże obecne brały bardzo za złe, oraz oczyma i ustami udawać pioruny i grzmoty, co znów powszechnie podobało się. Szczególną atoli miał predylekcję dla śpiewu, a gdyby głos jego w młodości należycie był kształcony, może istotnie byłby się nawet mógł wsławić; ale teraz była to nędza, że aż przykro było słuchać! Śpiewał jakieś duety, zarazem partie kochanka i kochanki, przy czym przewracał oczyma i dziwne jakieś robił pozytury, które jednak przerwała mu publiczność, domagając się głosów zwierzęcych, albo burzy. W tym wszystkim było cóś ckliwego, a gdy zbierano dla niego na talerzu, Naomi mimowolnie przypomniała sobie Krystiana, prawie już dawno zapomnianego, a którego teraz widok tego biedaka odnowił w jej pamięci.
— Czyśmy się czasem nie widzieli w Wiedniu? — spytał pewien młody mężczyzna z dużymi wąsami i bródką hiszpańską, kłaniając się z lekka Naomi. — Zdaje mi się, żeśmy omnibusem jechali razem do Hitzing!
Naomi zaczerwieniła się; oczy jej zdawały się chcieć wskroś przeniknąć obcego, którego mina wścibska była jej dobrze znaną. W samej rzeczy człowiek ten był w omnibusie owego wieczoru, kiedy puściła się w pogoń za Władysławem; onto wtenczas powiedział jej, że po jej wymowie poznaje, iż jest cudzoziemką, że ją widział w Praterze, że w Hitzing zastanie swego pana. Wszystko stanęło tak żywo w jej pamięci, jak gdyby się wydarzyło dziś lub wczoraj.
— Alboż i hecarz Władysław jest tu w Rzymie? — podchwycił Niemiec bezczelnie. Hrabia przystąpił widocznie niespokojny.
— Co pan mówi? — spytał markiz.
— Zresztą nie tacy tutaj zbierają się artyści — ciągnął dalej tamten i coś poszepnął na ucho sąsiadowi.
Naomi uczuła bojaźń, jak nigdy. Może ją stąd wyproszą; może powiedzą głośno, że jest kobietą, która niedawno jeszcze występowała publicznie w niezbyt zaszczytnej kompanii! Niemiec pił kielich po kielichu; twarz jego nabiegła gorącem wina i ponczu, a ciągle wścibski wzrok jego spoczywał na Naomi. Zaczęto znowu processyonalne śpiewy naokoło stołu; gdy się do niej zbliżył, szepnął z cicha: — Pani jesteś kobietą!
— Czy mam to uważać za obrazę? — spytała.