— Jak się pani podoba! — odpowiedział i poszedł dalej.
Markiz nic nie słyszał, nawet zresztą nie rozumiał po niemiecku i cały był oddany chwilowym wrażeniom wesołości; sam hrabia zdawało się, że zapomniał poprzedzającej chwili, w której wymówiono imię Władysława. Wszyscy znów usiedli przy stole, gdy wzrok jego padł na niemieckiego artystę, który pochyliwszy się do ucha Naomi, ze złośliwym uśmiechem szepnął jej kilka wyrazów: ona zbladła, ręka jej pochwyciła gwałtownie za nóż i podniosła się.
W tym okrzyki: — Holla! ho! — rozległy się po izbie, a jeden ze starszych artystów wpadł do sali na ośle, przebrany za Befanę; osioł zaś, przestraszony na widok tak licznego i hałaśliwego zebrania, tak gwałtownie uderzył o stół, przy którym siedziała Naomi, iż kieliszki, butelki i lampy wywróciły się, a nikt, nawet ów Niemiec, nie dostrzegł nagłego gniewu, przejmującego Naomi, a odwróconego jedynie przez szczęśliwy wypadek i hrabiego. Wesołość stawała się coraz huczniejszą, a markiz nie prędzej spostrzegł się, że jego kompania opuściła festyn, aż kiedy jeden z jego znajomych potrącił go w sekreceie i szepnął mu o tym na ucho.
Na dworze księżyc świecił pogodnie, tak pogodnie, że pochmurne dnie na północy nie są od tej pory widniejsze, która tutaj nazywa się nocą.
— Obawiałem się tego! — oto wszystko, co powiedział hrabia. Naomi przytuliła się do niego, odetchnęła głęboko i wybuchła płaczem.
— O! zostańcie! teraz dopiero będzie najlepsze! — wołał markiz, goniąc za nimi.
— Naszemu młodemu bohaterowi było za duszno! — rzekł hrabia — o mało co nie zasłabł.
— O! już teraz po wszystkim! — wołała śmiejąc się Naomi — ale jednak już nie wrócę! Prawdziwie przyjemnie przepędziłam ten wieczór, i dziękuję panu szczerze!
— Nawet i w takiej wesołości jest geniusz — rzekł markiz i wymienił, co go najwięcej ubawiło. Przy bramie hotelu powiedzieli sobie dobranoc.
— Zdaje mi się — szepnęła mu Naomi — że to najlepszy mój wieczór był w Rzymie.