— Opis pani w jej własnych wyrazach — rzekł Francuz — byłby perłą w naszej Revue du Nord.
Naomi uśmiechnęła się.
Jakiś pan udekorowany nadał rozmowie kierunek polityczny, a Naomi śmiało objawiała swoje zdanie o wszystkim, — tylko przed bohaterem stulecia, przed jednym Napoleonem, schylała dumne swoje serce.
— Pani Markiza z oddalenia tylko widziała ów wulkan! — rzekł dworak, który poprzednio oceniał doświadczonego Ludwika Filipa i ogłosił go najpierwszym z monarchów, należących do nowej epoki świata. — Gdyby pani była jedną z matek, którym Napoleon wydarł synów, gdyby pani widziała ich, ze związanymi rękami pędzonych przez kraj cały jak bydło, niezawodnie nie błogosławiłaby jego imienia: był to człowiek próżny i chłodny.
— Ten Bóg, do którego wszyscy się modlimy — odpowiedziała Naomi — również w swoich rządach świata zdaje się oku naszemu nie być bez skazy; czy też te skazy są prawdziwe? Napoleon był cherubinem, co dzierżył w ręku ogień i żelazo, więc nowszą epokę odciął od dawniejszej. Pług przechodzący przez rolę przecina korzenie kwiatów, wyrywa trawę i druzgoce niewinnego robaczka, ależ to jest koniecznością, bo później w bruzdach śmierci kołysze się bogaty kłos błogosławieństwa! Miliony na tym zyskują!
Konwersacja zwróciła się do polityki obecnej chwili, a Naomi wyrażała się o niej coraz bardziej zajmująco. Urządzono zielone stoliki i prezentowano karty; Naomi grała namiętnie i była przy tym uosobioną wymową; jedne kalambury i dowcipy następowały bez przerwy po drugich; wszyscy słuszne swoje hołdy składali markizie, z której ciemnych oczów jaśniały dowcip i prawdziwe szczęście.
Godzina była trzecia po północy, kiedy światła pogaszono w pałacu. Naomi w nocnym negliżu siedziała w swej sypialni, z głową opartą na ręku; długie jej włosy czarnymi splotami spadały na ramiona; policzki pałały, jakby ogień; trawiona gorączką, wychyliła do dna szklankę zimnej wody.
— Jakże krew moja gotuje się! — rzekła do garderobiany — jestem zmęczona, a jednak spać nie mogę, — ale ty idź spać i zostaw mnie samą!
I została sama; pierś jej wznosiła się i oddychała ciężko i głęboko.
— Jakżem jest nieszczęśliwa! A dlaczego cierpię? Dlaczego wiecznie w mniemanej wiszę męczarni, która rośnie jeszcze z każdym rokiem? — i przypomniała sobie stworzenie demonów w balecie, ową istotę żyjącą i z uczuciem ludzkim, a zdawało się jej, że ona sama do niej jest podobną. — Tak jest, szatani przywołali mnie do tego życia! Ach! żeby cała przeszłość znikła w nicestwie, tak jak my sami kiedyś znikniem w śmierci! Jest to choroba, nic więcej! Każdy współrodak jest dla mnie istną torturą, a kat mój jest tutaj! Dałby Bóg, żeby trup jego gnił na dnie Sekwany! Władysław! — westchnęła i nagle zamilkła. — Nie chcę się sama dręczyć! chcę używać woni tego fałszywego życia! — Wlepiła wzrok w portret markiza wiszący na ścianie. — Uśmiecha się! — I ja uczynię toż samo! Grzechy mojej młodości nie są większymi niż jego... i teraz jeszcze — ! może w tej właśnie chwili, całuje jasne loki na jakiej gminnej główce. Toć Grassot mi to powiedział! Ach! dlaczegóż nie mogłam jego kochać! — Pochyliła głowę i długo tak siedziała milcząca, oddychając ciężko i głęboko. Lampa paliła się już tylko zaledwie dojrzalnym blaskiem: Naomi zasnęła.