Gdy się z takiego snu niespokojnego zbudziła, światło dzienne już zajrzało przez firanki; teraz dopiero rzuciła się na łóżko, a rozmaite marzenia wiły się naokoło śpiącej kobiety.
XIX
Czy wiesz, co to Tivoli? Nie mówię o owej wiosce malowniczej, którą z Kampanii rzymskiej widzisz rozłożoną na górach, lecz o sławnym ogrodzie na przedmieściu Paryża, do którego zwabiają cię afisze, owe głuchonieme syreny nowszej cywilizacji. Doróżki, kabryolety i omnibusy zawożą cię za kilka soldów przed samą bramę, a za trzy franki spadnie na ciebie cała rzeka Niagara wesołości. Orkiestra Musarda gra galopady z najnowszych oper i baletów, albo walce Straussa i kadryle z Roberta lub Napoju Miłosnego. Oprócz tego, za te same pieniądze stoją ci jeszcze otworem dwa teatra, jeden mniejszy z cudami sztuki magicznej, drugi z całym wodwilem. Sanki suwają się na dół koleją drewnianą, tysiące lamp palą się między zielonymi drzewami, a gdy rozlegnie się okrzyk: Feu d’artifice! idziesz za tłumem ludzi na ciemny plac widzów, gdzie wnet trójkolorowe race zmrok wieczorny przemienią w najjaskrawsze światło dzienne.
Tam więc zdążamy, do owego wiru ludzkiej fali!
Czy widzisz te zgrabne damy? Niezawodnie pochodzą z wysokiej szlachty, z najczystszej krwi arystokracji? A zapewne! krew, gorąca krew daje im te bogate suknie; do ich to kasty należały niegdyś Lais i Aspasya, sławne na cały świat kobiety. Trójkolorowe lampy rzucały jakby tęczowe światło na ciemne gałęzie, muzyka brzmiała w oddali, podobno śpiew demonów ze znanego nam baletu, a córy krwi kręciły się w szalonym wirze z synami pyłu i błota.
Dziwny to widok przedstawia się oczom naszym, gdy z gęstych krzaków przypatrzymy się pstremu oświetleniu, kręcącym się w kółko postaciom i znakom wysuwającym się ową drewnianą koleją, jakby z wierzchołków rozłożystych kasztanów: mimowolnie jakoś przychodzi nam na myśl uroczystość nocna na Łysej górze.
Czy też podobne ma myśli tamten człowiek, siedzący między krzakami tuż przy ciemnej murawie, gdzie mają się palić ognie sztuczne? Właśnie teraz przywiązał ostatnią racę i usiadł na trawie; wychudzone jego ręce drżą, a pożółkła twarz, siwe obrączki pod czarnymi oczyma i zwisłe rysy wskazują, że dusza już tylko jak nietoperz trzepoce się w ruinach jego ciała.
Na widok tego człowieka, od którego by teraz rade się odwrócić nasze oczy, niegdyś rumieniły się córki piękności; ta zbledniała postać była niegdyś modelem bohatera; ten złośliwy wyraz w jego oczach był spojrzeniem dumnego majestatu. Ten sam, któremu przyklaskiwały tłumy zachwyconych widzów, leży tu chory, wzgardzony, zapomniany — teraz ważnym i jedynym jego zajęciem jest przywiązywanie rac do ognistego koła. Człowieka tego znacie, bo jest nim syn pariów.... to Władysław!
Jeżeli zbytek życia wyprężył twoje nerwy, wówczas dźwięk ich jest przejmującą melodią; takieto dźwięki śpiewały mu starą piosenkę, którą powtarzać jeszcze będą następne pokolenia:
„Myśli moje nie bujają w przestrzeni, lecz wracają ciągle w leniwe i zbolałe ciało, które czuje mgłę wilgotną i gęstą, czepiającą się jego skrzydeł, tak iż zwisną jakby snem umorzone. Ach! ciało moje czuje wprawdzie orzeźwiający wietrzyk, ale wiatr ten przejmuje jakby mrozem; słabe włókna nerwowe drżą, nogi trzęsą się, głowa dostaje zawrotu, — tak mi jest, jak gdyby wicher wiał po mózgu i szumiał w nim jak w pustej skorupie ślimaczej. Wieczniebym tylko spał, a tu sen drwi z mych osłabłych członków. Promienie słońca palą mnie. Jeśli myśl niekiedy wysuwa się na świat, wówczas kroczy o kuli jak kaleka, który ciągle tylko o swoim myśli kalectwie, choćby najwięcej uśmiechały się doń łąki, choćby najbardziej grzało słońce, choćby najrozkoszniej szmer strumyka do błogiego zapraszał go spoczynku.”