Wesołyto był i świetny wieczór w Tivoli: bogacz oddawał swoje luidory, ubogi swoje soldy, a młody kilka różanych liści swego zdrowia, żeby kiedyś tak samo jak czarny Władysław w samotnym krzaku zanucić piosenkę.
Ty coś zwiedzał wszystkie stolice Europy, a w Paryżu szukał wyskoku ich wszystkich, niezawodnie w tym ostatnim mieście nieraz spotykałeś Naomi. Publiczne rozprawy sądowe zastępują ci walki byków w Hiszpanii; te same tu zbierają się tłumy, taż sama ciżba dam bogato strojnych, więc często zapewne widywałeś Naomi między najgorliwszymi przy nich słuchaczami. Kiedy przykuci po dwóch do siebie złoczyńcy wychodzą z Bisetru i udają się w drogę do galerów, niezawodnie postrzegałeś pojazd markizy między pięknymi ekwipażami, stojącymi po drugiej stronie ulicy, żeby się ich państwo napawać mogli tym przejmującym widokiem. W samotnej nocy, kiedy już tylko przy oknie pali się czerwona latarnia, z napisem: Ici on loge à la nuit, a gałganiarz patykiem przewraca kupy śmieci, widywałeś siedzącą Naomi przy zielonym stoliku, gdzie brzęczy złoto, a oko oddycha namiętnością.
Ludwik Filip naokoło Paryża kazał założyć forty dla obrony miasta; ale Paryżanie twierdzili, że zrobiono to jedynie dla trzymania ich samych w uległości. Stronnictwa przeciwne królowi obywatelowi zaczynały podnosić swoje głosy. Nadchodziła uroczystość lipcowa; rozwieszono po ulicach śmiałe karykatury i znaczące porównania, ale mądry monarcha był spokojny i pozwalał umysłom ochłonąć w tak niewinnych bańkach mydlanych. Spodziewano się, że z okazji tej uroczystości obelisk wzniesionym będzie na Placu zgody, lecz jeszcze go nie przywieziono, więc ustawiono tymczasem kopię z drzewa i jednym słowem czyniono wszystko, by sławnym trzem dniom lipcowym największą ile możności nadać świetność. Otóż najciekawszym ze wszystkiego miało być odsłonięcie statuy Napoleona na kolumnie Vendôme. Już rusztowania były wzniesione, a rzemieślnicy zajęci bez ustanku; w nocy wciągnięto posąg, a do chwili samej uroczystości przykryto go niebieską zasłoną, całą przerobioną w srebrne pszczoły cesarskie.
Naomi należała do wielkiej liczby osób przewidujących, że w owe trzy dni wybuchnie burza polityczna, i prawdę mówiąc tęskniła za takim wybuchem. Tylko w dniach rewolucyjnych czuła się niegdyś spokojną, sama nawet z niewymownym zuchwalstwem strzelała przez okno na waleczną gwardię królewskich Szwajcarów. Niepokój jej duszy gnał ją do zewnętrznego ruchu.
Trzy dni nadeszły i niektórym córkom poległych bohaterów wielką sprawiły radość, bo przepyszne wyprawy ślubne. Wraz ze wschodem słońca zagrzmiały działa z ratusza i z hotelu Inwalidów, na rozpoczęcie uroczystości. Na wieżach wszystkich kościołów i na Pont-Neuf powiewały chorągwie trójkolorowe, a sam ratusz wraz z mostem Arkolskim przystrojone były w trofea i girlandy.
Bezsenna Naomi słuchała wystrzałów, bo cierpiała tak samo, jak owej nocy w Praterze, jak owej nocy w Rzymie i niestety! jak tyle już nocy w pełnym życia Paryżu. Naomi przegrała znaczne summy, wzięte naprzód z pieniędzy dla niej przeznaczonych, i Władysław był w mieście, a oprócz niego jeden jeszcze współrodak, który znał jej dotychczasową historią.
Na placu Bastylii, blisko fontanny des Innocens i przed Luwrem, ustawiono ołtarze żałobne, przystrojone w krepę i chorągwie, w wieńce z nieśmiertelników i w sławne nazwiska; muzyka żałobna zagrzmiała, a przy każdym takcie zagrzmiał także wystrzał armatni. Dziwna jakaś cisza zaległa nad tak zgiełkliwym zwykle miastem. Krok za krokiem jechały pojazdy, jakby procesją żałobną, a piesi powoli doszedłszy do ołtarzy, obrzucali groby bukietami z świeżych kwiatów.
Naomi jechała w otwartym powozie, a niektórzy przechodnie chcąc uniknąć potrącenia przez koła, wskoczyli na stopnie i trzymali się samych pojazdów. Naomi uczuła dotknięcie obcej ręki, która potajemnie do jej ręki wsunęła mały papierek: wokoło siebie ujrzała same tylko twarze nieznajome.
Wieczorem, kiedy długa, czarna krepa wisiała z okien tych mieszkań, gdzie przebywali krewni lub przyjaciele poległych bohaterów, kiedy niebieskie ogniki paliły się nad ich grobami, Naomi przeczytała list, a list ten był od Władysława. Szukał jej bowiem w pałacu, lecz że go nie przyjęto, więc jak najusilniej błagał o naznaczenie mu schadzki i złośliwie przypominał szczęśliwie niegdyś spędzone minuty.
— Ile to w zeszłym roku znaleziono osób zamordowanych w Paryżu i po przedmieściach? — zapytała Naomi swej garderobiany.