— Podobno dwadzieścia i trzy! zamordowanych i wrzuconych do Sekwany! to okropnie!

— Paryżanie mają krew południową! — rzekła Naomi. — Czy wszystko spokojnie na ulicy?

— Wszystko! ale mnie aż strach, gdy pomyślę o jutrzejszej uroczystości!

— I mnie także! — odpowiedziała Naomi zamyślona, a myśli jej zatrzymały się na Władysławie.

W znanej książce pod tytułem: Tysiąc i jeden dni, czytamy opis pewnego drzewa z gatunku palmy, w którego koronie ukryte są niezmiernie bogate skarby; każdy na nie się wdrapie, bo szerokie liście gną się, niby szczeble drabinki poddając pod chciwe stopy; lecz gdy zechcesz zejść na dół, wtedy liść jest ogromnie ostrym nożem, który się wrzyna w twoje członki, jeżeliś nie jest zupełnie czystym i niewinnym: otóż w myślach Naomi stanęła, jakby na jawie, ta wyrazista alegoria.

— Każdy najmniejszy grzech był zielonym, woniejącym liściem, który się uginał pod moją ręką — rzekła do siebie — a teraz jest nożem kata, gdy się w tył poza siebie oglądam. O! jestem chora, tak samo chora, jak stara hrabina w Danii, chora na imaginacją, a ta choroba ze wszystkich najwięcej jest męczącą!

W drugi dzień uroczystości, na półmilowym bulwarze odbywała się parada gwardii narodowej: wzdłuż zielonych alei stały zbrojne szeregi, a okna i ganki wszystkich domów, równie jak sama ulica, pełne były ludzi; zręczne chłopaki wdrapywały się na gałęzie drzew, inni balansowali na kamiennych poręczach fontan i pomników: wszędzie był ścisk niezmierny, taki sam, jaki codziennie zresztą znajdujemy w najbardziej zwiedzonych pasażach paryskich.

Wtem ukazał się Ludwik Filip, otoczony swymi synami i generałami; podawał ręce mieszczanom i kłaniał się każdemu uprzejmie, a okrzyk: Vive le Roi! rozlegał się w powietrzu.

Niebieska zasłona z srebrnymi pszczołami jeszcze zakrywała statuę Napoleona na słupie Vendôme; pełno było ludzi we wszystkich oknach i na wszystkich dachach. Król i najpierwsi dygnitarze kraju stali z odkrytymi głowami pod kolumną; wtem dano znak, a zasłona spadła: i znowu zewsząd zagrzmiały okrzyki: Vive l‘empereur!

Oko Naomi spoczęło na tłumnym zebraniu, a pod oknem jej, między ustawionymi beczkami, które spekulanci wynajmowali jako najkorzystniejsze miejsca widzów, stał Władysław, wychudły i chory; oczy jego w nią były wlepione, uśmiechał się tak samo, jak się szatan uśmiechał w balecie, wyciągnął ręce i palcem prawej, jakby pisał na dłoni lewicy.