— Tak spokojny, choć z grzechem w sercu! — pomyślała Naomi, oglądając się na wszystkie strony za ładną blondynką lub może i brunetką, której jednakże nigdzie nie dostrzegła.

Przy obiedzie wypiła śmiejąc się za zdrowie blondynek.

Potem już oczekiwała na nią toaleta. Pióro rajskiego ptaka powiewało na zawoju, drogie kamienie lśniły się na wzdętej piersi; z dumnym uśmiechem przeglądała się w lustrze.

Ktoś zastukał we drzwi. Garderobiana odebrała list do jaśnie pani, a list ten był od pana markiza i zawierał tylko dwa wiersze, tylko własne wyrazy Naomi, wyrzeczone przez nią tegoż samego dnia na widowisku sztucznych jeźdźców: Małżeństwo nie powinni mieć przed sobą żadnego sekretu, chociażby sekret ten był nawet grzechem! W liście tym leżał bilecik, podobny do tamtego, który markiz przed nią ukrywał; zaś bilet ten był od Władysława. Było to arcydokładnem opowiadaniem wszystkiego, począwszy od pierwszego pocałunku, aż do uderzenia szpicrózgą; złośliwie uchylał zasłonę z każdej tajemnicy. — Teraz się mszczę — pisał dalej — że mnie odpędziła od bramy swego pałacu; ona szczęśliwa, a jam nędzny, jak pospolicie mówią! Że zaś każde moje słowo jest prawdą, to zaprzysiąc mogę na Przenajświętszy Sakrament!

Usta Naomi zbladły. — Teraz wszystko się skończy! — pomyślała.

Służący wszedł i oznajmił, że powóz już zajechał. — Pan markiz czeka! — mówił dalej.

Naomi o mało co nie zemdlała; atłas zaszeleściał, diamenty lśniły się; — markiz zaprowadził ją do pojazdu, a dwóch panów, dwóch przyjaciół domu, wsiadło wraz z nimi. Rozmowa toczyła się ogólna, a markiz brał w niej udział nader żywy.

Na ulicach brzmiało wesele; wszystkie kopuły i wieże były iluminowane, tak samo, jak dnia poprzedniego. Powóz stanął przed ratuszem. Schody przystrojone były w różnobarwne kobierce i woniejące kwiaty. Obie duże sale na pierwszym piętrze połączone były ponad dziedzińcem przez wiszący ogród, zdobny drzewami pomarańczowymi i lampami w rozmaitych kolorach; w samym środku tryskała fontanna, lecz wodą nie zwyczajną, ale kolońską. W największej sali, gdzie wzniesiony był tron królewski, po obu stronach piętrzyły się tarasy z taboretami, których jeden zawsze szereg stał wyżej nad drugim; tu siedziały świątecznie poubierane damy, reprezentantki wszystkich stanów, żony mieszczan i małżonki parów. Muzyka szumiała z trybuny licznie obsadzonej orkiestry, w samej zaś sali tłok był największy, a naokoło lśniły się lorynetki, skierowane na każdę osobliwszą piękność. Wprawdzie Naomi nie mogła się już liczyć do młodych, lecz jednak posiadała pewną pełnię piękności, co łącznie z gustownym strojem, młodych i starych ściągała na nią oczy, gdy tymczasem ona w poczuciu własnego blasku uśmiechała się, — jak się uśmiecha pstry motylek kręcący się na szpilce.

Otworzono szerokie podwoje, którymi weszli królestwo i ich dzieci, a jedno po drugim zaledwie pojedynczo przez tłumną ciżbę mogli się przecisnąć do tronu. Muzyka grała galopadę z opery: Gustaw.

Była godzina druga po północy, gdy dano znak do wieczerzy; markiz i Naomi odjechali. Jeszcze pełno było życia na ulicach: iluminacja wszędzie jeszcze paliła się.