— Przysłałeś mi list! — rzekła — każde w nim słowo jest świętą prawdą; cóżeś teraz postanowił?
— Odczytać ci go, ile razy staniesz między mną, a mymi przyjemnościami, które ma każdy mąż w Paryżu. Jeśli pocałuję blondynkę, pomyśl o liście! zresztą postaram się o to, żeby nie było skandalu! W przyszłe lato pojedziemy na Północ! Ciekawy jestem woniejących borów, o którycheście tyle razy opowiadali nam, ty i twoi ziomkowie! Mnie się zdaje, że to będzie dla nas obojga bardzo zajmującą przejażdżką, tylko zmiłuj się, zabierz z sobą list! zabierz list! bo kto wie, czy go tam nie będziesz potrzebować.
XX
W Danii, w majątku hrabiego, siedziała stara hrabina z mixturami i proszkami, równie bliska jeszcze śmierci, jak przed dwunastu laty. — Ona dopiero wieczna! — mawiali ludzie; — jej nawet apteka nie zabije! — Kościołek parafialny otrzymał nową wieżę, a dom szkolny wzniesiono nowy z fundamentu; bielutkie firanki wcale dobrze wydawały się przez szyby jasno wymyte. Przed sienią bawiło się dwóch młodych chłopczyków; suche patyki, które wsadzili w ziemię, były dla nich całym, kwitnącym ogrodem. We drzwiach siedziała kobieta, może trzydziesto kilkoletnia, z robótką na kolanach, a pełnym miłości wzrokiem nakazywała dzieciakom milczenie, ile razy przybiegli do niej z zapytaniem, bo właśnie ojciec czytał jej na głos gazety: była to Łucja ze swym mężem.
— Wszakże jutro niedziela? — zapytał najmłodszy chłopiec, którego żywe, ciemne oczy i piękne rysy twarzy tym bardziej odznaczały brak tej piękności w starszym bracie.
— Tak jest, jutro niedziela! Grajek przyjdzie z ciastkami lub obrazkiem, bo nie był zeszłej niedzieli.
— A tak! jutro przyjdzie Krystian — rzekł ojciec, i złożył gazety — śmiało mógłby przychodzić co niedziela i wysłuchać kazania, zamiast iść na swoje tam jakieś pokątne modlitwy. Zwierzchność zabrania podobnych świętych schadzek. Wiemci ja o tym, bo schodzą się zwykle do Piotra Hansena, a Krystian najczęściej czytuje im na głos z Biblii. To być nie powinno! Mówią o nich, że w garnku mają maleńkie szczenię, które całują w dowód pokory!
— To kłamstwo! — rzekła Łucja. — Gdzie Krystian bywa, tam podobne niedorzeczności z pewnością nie mają miejsca: dałby Bóg, żebyśmy wszyscy tak dobrymi byli chrześcijanami, jak on! Mówiłam z nim o tym, a on mi się wyspowiadał i upewniał mnie, że go najlepiej buduje Pismo Święte i wspólna modlitwa z ludźmi pobożnymi. Jeżeli między dwunastoma apostołami naszego Zbawiciela mógł być jeden Judasz, czyliż w małym gronie gminy chrześcijańskiej nie może być kilku doń podobnych, z których ludzie nieżyczliwi mogą brać powód do obmowy? Lepiej wierzyć za wiele, niż za mało. Komu świat we wszystkim przeciwny, ten łatwo może sie potknąć, a szczęśliwy ten, kto potyka się tylko o Biblią i o słowo Boże.
— Jakież przeciwności Krystian ma na świecie? — rzekł mąż Łucji. — Wszak biednym był dzieckiem, a twój wujo był jemu drugim ojcem! Że w Kopenhadze doznał cokolwiek biedy, toć jej tam więcej doznaje ludzi od niego, a że matkę zabrał do siebie, to zarówno z jednej, jak z drugiej strony było wcale nierozważnym! Wujo twój opowiadał mi, w jakiej nędzy ich zastał i biedzie, — ależ to już się teraz skończyło! Przywiózł ich tutaj, a gdzie tylko jaka zabawa, tam potrzebują skrzypców Krystiana, bo kto cośkolwiek dobrze potrafi na świecie, temu nigdy źle powodzić się nie może! W każdym dworze on kieruje muzyką, na każde wesele jego sobie wyrywają: wcale mu się nawet teraz nieźle powinno powodzić!
— Ale nie tyle idzie o to, jak się dzieje zewnątrz nas, ile raczej o to, co się w nas samych dzieje! — rzekła Łucja. — On szczęście swoje zasadzał na tym, żeby sobie zjednał wielkie imię i żeby zwiedził kawał świata, a nie miał nikogo, coby mu podał rękę, czego przecież każdemu potrzeba! Nie do tego dążył, żeby został grajkiem na wsi. Jednak zdaje mi się, że umysł jego już przybił do portu spokojności, a gdy chybiły mu wszystkie nadzieje tego świata, jął się lepszej nadziei, bo niebieskiej.