Dowiedział się zresztą o nowinie, choć z nią wystąpił dopiero nieco później, — bo ogrodnik ze dworu powiedział mu, że na wiosnę spodziewają się gości, jakiegoś wielkiego pana z Francji wraz z żoną, a tą właśnie żoną podobno jest Naomi, która od wielu już lat z nim zamężna, a więc niezmiernie bogata i wysokiego na świecie znaczenia. Oczy zaszły mu łzami. — Nie! — rzekł — jednak zupełnie zdrów nie jestem! lada drobnostka zaraz mnie wzrusza!
Łucja uścisnęła jego rękę.
Jakże mu teraz wszystko samotnie było w domu! Ileż razy dawniej w nocy przeliczał swoje skarby, — teraz nigdy już nie otwierał kufra, nigdy nie wyjmował lśniących talarów.
Zima była tak długą, tak szarą — lecz jednak dobrą dla biednych, jak mówiono, bo mróz nie wielki, choć za to flagi tym większe, a cała natura ciągle zakryta za szarawą mgłą i wilgocią. Była to jesień, która się długo przeciągnęła, aż pod sam koniec wiosny.
W połowie maja, kiedy po raz pierwszy cieplej zaświeciło słońce, dzieci Łucji smutne stały przy łóżku chorego Krystiana, nad którym czuwała zacna ich matka.
— Dzięki ci za twoją miłość i dobroć, Łucjo! — rzekł — jednak dobrze jest na tym świecie, i ludzie jednak dobrzy! Pamiętam! cóś mi mówiła niegdyś przed laty: — Powszednie dary Boże dla nas ludzi tak już są wielkie, że grzechem jest życzyć sobie większych! — Kto wysoko stoi, ten właśnie wystawiony na najostrzejsze wiatry, nie zaś my, co czekamy na dole. Człowiek znakomity stoi wpośród promieni, lecz promienie palą go! możemy mu zazdrościć, że większą ma wrażliwość na wszystko, co go otacza, ale za to mocniej też od nas czuje wszystkie przeciwności. On swą gorącą duszą daje to, co my zwyczajni ludzie przyjmujemy z zimną, — on nas w gości zaprasza do swej uczty, a my, jak te złe ptaki, owe Harpyje, o których czytałem, przychodzimy i walamy jego stoły! — Tak mimowolnie ganił całą ludzkość, którą przed chwilą nazwał miłującą i dobrą.
— Nasze myśli tylko bywają ogromne, ale same czyny niczym — mówił dalej. — To co my nazywamy nieśmiertelnym, wielkim, to kiedyś innemu pokoleniu wyda się tylko, jakby nabazgranym węglami napisem na ścianach więzienia; ciekawi zwiedzają takie miejsca i czytają te napisy! — Gdy umrę, daj moją Biblię dzieciom! w niej jest klucz do skarbu, którego ani rdza nie zniszczy, ani mole nie pojedzą. Przed śmiercią zobaczę jeszcze Naomi! — rzekł i spójrzał prawie wesoło — tak jest! zobaczę ją! czuję, iż ją zobaczę!
— Nie mów o śmierci! — zawołała Łucja, — jeszcze nie umrzesz, i długo jeszcze żyć będziemy razem.
— — Jaskółka już powróciła; bocian siedział w swym gnieździe; Duńczyk przechwalał się zielonością ciemnych borów; — a Łucja wówczas złożyła ręce umarłego, zawarła jego oczy i po raz ostatni pokazała płaczączym chłopczykom, dobrego, kochanego Krystiana.