— Ach! chętnie bym robił wszystko! — zawołał Krystian. — Wszystko, czego by tylko żądano!
Rozmowa zdawała się bawić pana hrabiego, więc opowiadał mu jeszcze o znakomitych artystach, jak ciężkim bywał ich los, jak wielu nawet nigdy na ziemi nie doczekało pociechy, ani nawet poznania własnej swej wielkości, a Krystianowi zdawało się, że własna jego przyszłość przesuwa się przed jego oczyma w dziwnych, ale widzialnych kształtach!
— O panie! — zawołał przytłumionym głosem, nie mogąc powstrzymać łez cisnących się z jego oczów; — nikogo nie mam w całym mieście, coby mi chciał przyjść w pomoc! Rad bym się uczyć muzyki! O! dzień i noc myślałbym o tym wszystkim, czego by mnie uczono! — I opowiadał o swoim domu, o samotnym swoim położeniu.
Hrabia spojrzał na niego wzrokiem pełnym zajęcia, a Krystian rękę jego przycisnął do ust, zwilżył ją łzami i ofiarował się, że mu będzie służył, że czyścić będzie jego suknie i obuwie, chodzić gdzie go zechce posłać, byleby mu dopomógł do nauki tego, czego potrzeba na to, iżby został artystą, jak tamci o których sam wspominał.
— Tak, dobry chłopcze! — rzekł hrabia — to nie tak łatwo jak się tobie zdaje! Zresztą, musiałbyś chyba na to być wielkim geniuszem, a tu dopiero czas okaże, czy jesteś nim w istocie. Trzeba ci zawsze o tym pamiętać, żeś ty biedny i nic więcej. Jeżeliś w samej rzeczy geniuszem, tedy już to wyjdzie na wierzch, chociażbyś jeszcze rok i dwa lata tułał się na morzu. Per aspera ad astra! Do walki właśnie potrzeba przeciwności. Jeżeli masz wyjść na człowieka, tedy niezawodnie wyższa Opatrzność przyjdzie ci w pomoc, możesz być tego pewnym, tym bardziej, że ja dla ciebie nic zrobić nie mogę, bo ja mam tylu innych! — I wydobywszy z kieszeni sakiewkę, dał mu bitego talara wraz z tą oklepaną pociechą, że prawdziwy talent zawsze sam sobie utoruje drogę, po czym lepiej otuliwszy się w ciepłe futro, głowę oparł o mur, jak gdyby do spoczynku.
Otóż i takie były Ikarowe skrzydła, które przywiązał do ramion geniuszu; śmiało uformowane skrzydła, szkoda tylko że ołowiane! Toć wyrazy te były starym tematem, który z pokolenia w pokolenie brzmi w uszach artystów i z różnymi wariacjami brzmieć będzie lat tysiące, dopóki świat pozostanie ten sam, który Sokratesowi dał puchar z trucizną, a Chrystusowi koronę cierniową.
Dopiero nade dniem Krystian zasnął, lecz wkrótce obudził go znowu Piotr Wik, bo wiatr się w nocy obrócił, lód zamarzł na nowo i trzeba było korzystać z przyjaznej chwili, żeby dostać się do Amak. Zaprzężono sanki i przygotowano wszystko do odjazdu. Handlarz wypędził bydło naprzód, bo gdzieby się ono utrzymało, tam można było być pewnym, że lód utrzyma także lekkie saneczki z Naomi i guwernantką.
Pochód wyruszył. Lód trzeszczał wokoło. Na wielu miejscach musiano zboczyć z prostej drogi, żeby tym sposobem wyminąć sterczące bryły, — gdzie indziej znów stała woda, którą podróżni nasi przebrodzili. Naomi z przestrachu zamykała oczy.
— Toniemy! — rzekła do Krystiana, który stanął z tyłu za sankami.
— O nie! Pan Bóg nie zechce, żebyśmy teraz umarli! — odpowiedział.