Sanki zachybotały się kilka razu; lód jakby się kołysał, woda dochodziła wysoko po kolana koni, a Naomi rękami objęła Krystiana. Guwernantka trzymała się przeciwnej strony sanek. Nareszcie dojechali do równiejszej płaszczyzny lodowej.

— Widzicie państwo, teraz znowu jesteśmy na nowym trakcie! — rzekł Piotr Wik. — Podobno nie zaśpiewają o nas smutnej piosenki, chyba że ja sam ją ułożę, ale to nie moje rzemiosło! Raz tylko jeden w życiu napisałem nagrobek, który czytać można na cmentarzu marynarskim nad grobem mojego najserdeczniejszego przyjaciela: — „W roku 1801 stanął i stał, w roku 1807 położył się i leży!22

— Czy wcale mnie nie pamiętasz? — spytał Krystian.

— Pamiętam! — rzekła Naomi, lecz zaledwie to powiedziała, kiedy już blade jej policzki nabiegły rumieńcem. — Wszak ty byłeś u nas w sali w moje urodziny!

— Ależ w Swendborgu? — mówił dalej.

— Ach tak! wtenczas! Owszem, dobrze pamiętam! To już tak dawno! — Nagle odwróciła się do guwernantki. — Teraz niedługo będziemy na lądzie! Dlaczegóż nic do mnie nie mówisz? Jak też zimno! — i twarz swą znowu otuliła w futro.

Krystian zsiadł i pieszo poszedł za sankami. Sam nie wiedział powodu, ale jakoś smutno mu było na sercu; miał ochotę położyć się na lodzie i tak przespać długie lata, jak Bracia śpiący w legendzie.

Teraz już widać było ludzi na brzegu i wnet cała obawa miała swój koniec. Już byli na stałym lądzie. Hrabia ofiarował Piotrowi Wik pieniądze.

— Nie panie! — rzekł marynarz; — państwo nie na moim byliście statku, a gdyby kto miał co zapłacić, to chyba ja i junga, żeśmy mieli zaszczyt przenocować razem z tak wielkim państwem!

Guwernantka podała mu rękę, a Naomi poszła za przykładem jej i hrabiego. Krystian stał z czapką w ręku, i po raz drugi w życiu widział, jak towarzyszka jego lat dziecinnych po pańsku odjeżdża w świat.