— To była dzielna pani! — rzekł lokaj — pewnie nie znała takich rachunków aptekarskich, jak nasza stara hrabina! W swoim czasie miała jakiś spór z drugim panem w sąsiedztwie, który ją uwięził i żelaznym łańcuchem na szyi kazał przywiązać do psiej budki. Takie to były czasy! Potem pili i hulali, a pani tymczasem wyrwała się i dostała do domu, zebrała swoich ludzi i najechała srogich nieprzyjaciół. Dlatego też kazała odmalować się z łańcuchem. — Lokaj odszedł, a Krystian pozostał sam jeden ze swymi myślami i z dzielną panią, w łańcuchu.

Oczy jej były ciemne jak u Naomi; pewnie i ona umiałaby pokazać się równie śmiałą i odważną. Wyjrzał przez szyby, szkło było grube i spalone od słońca, tylko światła widać było w oknach nowego pałacu; więc przypomniał sobie ów wieczór w Kopenhadze, kiedy jako junga zawisł na wilgotnych linach, gdy tymczasem Naomi bujała w tańcach i weselu; wspomniał chwile dopiero co minione, pomyślał jak mu jeszcze daleko do takiego towarzystwa i wszystkie swoje nadzieje ujrzał zniszczone.

Północ już minęła, a on jeszcze nie spał. Słyszał, jak państwo Knepusowie odjeżdżali i wcale się nie cieszył, że zostaje.

Ale najparadniejszym lekarstwem jest sen, zwłaszcza jeżeli choroba siedzi w sercu młodocianym.

Słońce oświecało już portret dzielnej prababki, kiedy się Krystian przebudził. Ciężki żelazny łańcuch na jej szyi dawał mu wiele do myślenia.

— I ja także dźwigam taki łańcuch! Alboż ja co lepszego, jak gdybym był przywiązany do budki, gdy tymczasem tamci ochoczo bawią się w salonie! Ale i ja rozerwę teń łańcuch i kiedyś stanę przed nimi jako wielki artysta, a oni czołem bić będą potędze geniuszu! Tak samo jak we śnie Józefa snopy wszystkich innych schylały się pod jego snopem, tak będzie i zemną, a wtenczas i ja się każę wymalować; — lecz nie ze znakiem jarzma, którym dźwigał, — o nie! trzymając się z Naomi pod rękę! Ona tak piękna, tak piękna, jak aniołowie w niebie, tylko nie jest tak dobrą — skądże by znów mogła być taką? — I ukląkł do pacierza i pomodlił się Bogu, żeby się piękne jego marzenia spełniły.

Przed obiadem stara hrabina chciała ugościć u siebie wszystkich pozostałych przyjezdnych. W starym zamku, w którym mieszkała tylko ona i przeznaczona dla niej służba, podano czekoladę.

Z wieży krętymi schodkami schodziło się do jej komnat, które przynajmniej od wieku nie uległy żadnej ważniejszej zmianie. Materialne, zielone obicia, przedstawiające ogromny bór, w którym tu i owdzie zza gałęzi wyglądały rogi jelenie, zdobiły wysokie ściany. Ogromny piec stał przed zamurowanym kominkiem, ozdobionym dużymi, wyciosanymi z marmuru sfinxami. Z ogromnej szafy, której drzwi zawieszone były kobiercami, prowadziły schody do dolnego apartamentu. Krzesła i kanapy ten sam miały krój staroświecki, a jedyną tu nowością było gipsowe popiersie Napoleona, stojące na starej serwantce, w której każda półka dźwigała niezliczone flaszki mixturek, słoiki, pudełka z pigułkami i tym podobne łupy z chorób, które jaśnie pani hrabina szczęśliwie pokonała. Bohater stojący między łupami kobiety, wcale niezłym nawet był pomysłem. Człowiek robi jak może.

— To jest moja rezydencja! — rzekła. — Całą zimę nowy pałac stoi pustkami, a wszystko jest pod starymm rządem. Tylko tu wówczas widać światła, choć prawda, że te światła są przy łóżku chorej!

Goście jeszcze się nie zeszli. Naomi stała na krześle i przewracała w najwyższej szufladzie staroświeckiej, kunsztownie wyrzeźbionej szafy.