— Alem opuścił: zbaw nas ode złego! więc cały pacierz za nic! raz jeszcze chyba go zmówię, a to już co teraz wypadnie, podwójne będzie miało znaczenie! — I znów zaczął modlitwę, a lampa paliła się ciągłe. — Będę szczęśliwym! — zawołał i w tej chwili lampa zgasła.
Było to we Środę.
— W Niedzielę odjeżdżasz! — rzekła Naomi. — Doktor powiedział, że wnet będziesz tak zdrowym, jak my wszyscy. Pamiętaj o swojej obietnicy! Wiem że mnie kochasz, lecz ja pospolitego człowieka kochać nie mogę, a ty w nudnej mieścinie Odensee u tego zabawnego pana Knepusa wyszedłbyś tylko na bardzo pospolitego człowieka! Puść się śmiało w świat! Oto masz, czego nikt nie wie i o czym nikt wiedzieć nie będzie, sto talarów z moich własnych oszczędności! Pamiętaj, jakeś mi to sam opowiadał, kiedy przy pierwszym naszym spotkaniu w ogrodzie, usta i oczy twoje brałam na zastaw; ty jeszcze teraz do mnie należysz, ty w części jesteś moim! Jak tylko będziesz zupełnie zdrowym, zaraz odważ się na ten śmiały krok, mnie o nim donieś, a tej samej nocy, w której ty wyjdziesz na wędrówkę, ja czuwać będę i ciągle myśleć tylko o tobie!
— Wszystko zrobię! — zawołał i objął ją za szyję; ona siedziała spokojnie, dumnie uśmiechając się i pozwalała mu całować gorące swoje policzki.
Świat, tak samo jak serce, odbija się w ulubionym kolorze życia. Gdybyśmy owego wieczoru byli zapytali Krystiana, Naomi i (dajmy na to!) hrabiny, każde z nich byłoby wyrzekło swoje zdanie niezawodne, a jednak od siebie wcale różne. Dla Krystiana tedy świat ten był świątynią Bożą, w której serca podnoszą się ku miłości i ku Bogu, gdzie zaufanie wzrasta, a przekonanie ustala się. Pocałunek Naomi był mu chrztem, a potęga muzyki dźwiękiem organów, w którym dusza jego nabierała skrzydeł.
— Świat jest wielką maskaradą — myślała Naomi. — Trzeba tylko umieć odegrać rolę swoją z godnością, — trzeba imponować! Bo człowiek zawsze tylko jest tym, co dobrze umie przedstawić! Co do mnie, chcę być amazonką, Staël-Holstein, Szarlotą Corday, jednym słowem taką, na jaką najlepiej złożą się istniejące właśnie okoliczności!
— Świat jest lazaretem! — utrzymywała stara hrabina. — Zaledwie się urodzimy na świat, kiedy już choroba nasza rozpoczyna się! każda godzina zbliża nas do śmierci! Książki lekarskie nabawiają nas jeszcze większych chorób; w niewinnej szklance wody może być jakiś drobny owad, który później w żołądku naszym rośnie! można dostać raka, gangreny, kachexyi i najokropniejszych chorób, kończących się zwykle śmiercią, i na to tylko jest całe nasze życie. Wszyscy ludzie chorują, lecz wielu tai swą chorobę, inni żartują z niej, a inni jeszcze, jakieś upośledzone istoty, bez nerwów, lecz pełni niezdrowej krwi, co rumieni policzki, chodzą po świecie w tym niedorzecznym przekonaniu, że są zdrowi!
VI
W piękny dzień zimowy, kiedy szron zawiśnie na gałęziach drzew, a kruki fruwają nad białym śniegiem w jasnym świetle słonecznym, nic dziwnego, że może nas napaść chętka do podróży. Wszakże owa niedziela, w którą Krystian wracał do Odensee, wcale była niepodobną do tak zachęcającego dzionka. Jakaś wilgotna mgła zaległa błonie; czarne, nagie płoty, okryte dużymi kroplami wody, wyglądały spod brudnego śniegu, a jednak właśnie ta pora podniecała jego ochotę do wędrówki, jego zamiłowanie do romantycznych przygód. Cała strona domowa wydała się jemu czarodziejskim kołem wilgoci i zimna, — więc aby dalej w świat, gdzie wszystko znów miało być światłem słonecznym i ciepłem!
— Tu szczęście moje, jak lato, rozwinie się tylko pomału; więc ucieknę z tego kraju i polecę na spotkanie lepszych losów!