Odjazd hrabiego ważnym był wypadkiem w pałacu, a jednak my tyle tylko o nim wspomnimy, że hrabia odjechał.

Naomi siedziała w pokoju Krystiana. Wszystko jej świadczyło, jak dalece była mu drogą, i to sprawiło, że się po raz pierwszy cokolwiek nim zajęła. Zapytała go, kto by go grać nauczył.

— Mój ojciec chrzestny, Norwegczyk w Swendborgu! — i dopiero zaczął opowiadać jej o osobliwym charakterze tego człowieka. — Słyszałem raz historię o czarowniku, który grając na skrzypcach szedł przez ulice miasta, a wszystkie dzieci wybiegły z domów za nim. Czarownik zaszedł w góry, gdzie dzieci wraz z nim znikły. Z tego samego źródła, jak mnie się zdawało, grać umiał mój ojciec chrzestny. Sąsiad nasz utrzymywał, że go tej gry wyuczył duch wodny Nökken; nawet i ja myślałem, czy nie o sobie samym opowiadał mi, iż raz w Norwegii był syn ubogiego wieśniaka, który niezmierną miał ochotę grać na skrzypcach; gdy mu zaś ojciec nie pozwalał, lecz kazał pracować w polu, chłopczyk pewnego wieczoru zakradł się nad potok. Wnet ukazał się Nökken obiecując mu, że go nauczy grać jeszcze ładniej i tak go ścisnął za palce, że aż krew z nich wytrysła, ale od tej pory nikt nie potrafił piękniej zagrać od niego. Grał więc przed całym światem, wszyscy chcieli go słyszeć, a pieniądze płynęły jak woda, tak iż ojciec nawet nie wzbraniał mu już tego zajęcia. Otóż nareszcie jednego ranku, kiedy właśnie wracał z wesela, zastał Nökkena czekającego nań pod mostem; zatrzymał go i kazał mu iść z sobą, bo już teraz jakoby należał do niego. Chłopiec gdy to usłyszał, wziął nogi za pas i zaczął biegać co miał sił, a Nökken gonił za nim, aż nareszcie malec dopadł kościoła i schronił się na ołtarz, bo gdyby nie to, byłby go Nökken porwał.

— A kto wie! — rzekła z uśmiechem Naomi, — może to i twój ojciec chrzestny sam był owym Nökken? — Ale oczy jej zaiskrzyły się, krew o mało nie trysła z ślicznej twarzy. Coraz więcej dopytywała się, — toż mówiono o jej ojcu; Krystian przeciwnie upatrywał w tym jedynie serdeczny udział w jego własnym losie, jakoż chętnie przy każdych nowych odwiedzinach podejmował przerwany wątek opowiadania. Tak więc powoli dowiedziała się o podróży do Thorseng, o spotkaniu nocnym w Glörup, o chrzestnym wiszącym na gałęzi, a Naomi dziwnie jakoś uśmiechała się i delikatną swą rączką zakryła ładną twarzyczkę.

— Był to człowiek niepospolity, ale nieszczęśliwy, a to jest daleko bardziej zajmującym, aniżeli być człowiekiem zwyczajnym i szczęśliwym. I ty wcześnie doświadczyłeś życia pełnego przygód; teraz już w tobie czas ten ukończył się, boś już zaszedł do owej nudnej spokojności, w której jeden dzień powtarza się jak drugi, a na tej spokojnej, gładkiej drodze rzadko się kiedy rozwija cóś niezwykłego w świecie, przynajmniej nigdy samoistnie, ale chyba tylko pędem zewnętrznym. Gdybym ja była na twoim miejscu, tobym sobie skrzypce uwiązała na plecach i wymknęła się tym wszystkim nudnym ludziom, którzy są podobni do siebie, aż kokardą na sukni i chustką na szyi!

— A cóż by się zemną stało? — zapytał Krystian. — Jestem biedny!

— O! wszakżeś wówczas był biedniejszym, gdyś opuszczał dom rodzicielski! Wtenczas nie umiałeś tak grać, jak dzisiaj, a jednak ta wycieczka była drogą do twego szczęścia. Gdybyś nawet był głodnym przez jeden dzień i drugi, albo przespał noc pod gołym niebem, — i cóż by to znaczyło? Właśnie to byłoby najwięcej zajmującym! Wyobraź sobie tylko, w jak świetnym stanąłbyś przed samym sobą blasku, gdybyś wyszedłszy na wielkiego człowieka, pomyślał o własnej przeszłości. Właśnie wtenczas świat podziwiałby szybki twój postęp, a ja, nawet zdaje mi się, że ja bym cię wtedy mogła kochać! Ale inaczej nie! O nie! musiałbyś zostać człowiekiem niepospolitym! — Wzięła go za rękę i coraz więcej przedstawiała mu swoje romansowe myśli o życiu, którego sama bynajmniej nie znała. Pochlebiało dumnemu, kapryśnemu dziecku, że mogła kierować drugimi; Krystian zajął miejsce jej lalki, przez niego chciała urzeczywistnić swe marzenia. Takim sposobem powstało w niej silne uczucie, wielce jednak różne od miłości. Opowiadała mu o obcych krajach, o sławnych ludziach i wzdychała, że jest tylko dziewczyną, — ale przynajmniej — zaręczała — ja nie będę podobną do drugich!

Coraz więcej zaciągał się Krystian do owego koła czarodziejskiego, które ona zataczała; wszystkie jego myśli i marzenia nie miały odtąd innych punktów środkowych, prócz przygód, sławy i Naomi.

Krew jego wrzała w gorączce, lampka nocna, która paliła się przy jego łóżku, gasła, a światło tylko jak malowany punkcik opierało się na knocie.

— Jeżeli zdążę zmówić pacierz, nim lampa zagaśnie, więc jeszcze kiedyś będę sławnym, a Naomi zostanie moją żoną, — ale jeżeli zgaśnie, to jużem stracony i zgubiony! — Złożył więc ręce do modlitwy i mechanicznie wymawiał wyrazy pacierza; oko jego usilnie wlepione było w lampę, płomyk zadrżał, a on coraz śpieszniej odmawiał święte słowa; skończył modlitwę, a lampa paliła się jeszcze.