Krystian pozostał sam jeden: porzuciła go bez pożegnania; pieniądze jej zostały u niego, ale paliły go jak ogień.

Bożek snów tka zasłonę nocy z najdziwniejszych arabesków, które utworzyć zdoła wyobraźnia; łączy ona w sobie siłę Michała Anioła żeby odmalować upadające dusze na sądzie ostatecznym, wraz z pogodną pięknością Rafaela w wizerunkach Bożej Rodzicielki. Taż sama śmiałość w oddaniu ostateczności rozpaczy i nadziei, spoczywa w sercu młodzieńczym i przejścia równie tu jak tam gwałtowne; tylko że serce młodzieńcze więcej się zwykle trzyma światła. Jeżeli nawet niekiedy, w głębokiej boleści, wyobraża czarne i wilgotne sklepienia grobowe, gdzie szklniąc się saletra osiada a rosną jadowite grzyby, — jeżeli potem, dla lepszego uwydatnienia swoich cierpień, wskazuje nam na leżący na ziemi pączek róży, gnijący już przed rozwiciem, jako na obraz owego właśnie serca, — jednak wkrótce widzimy, jak korzenie jego czepiają się znowu ziemi, jak całe sklepienie zamienia się w altankę centofolii, gdzie wnet, między pączkami i gałęźmi, zaświeci ciepłe słońce wiosenne i gdzie zajrzy czysty błękit niebieski.

Takie tej nocy było przejście w duszy Krystiana, gdy na traf szczęścia przebiegał zawiłe ścieżki prowadzące w kierunku do Örebäk.

Zieloność jest barwą nadziei, a wyobrażenie to powzięto z wiosny, w której zbudzone życie tak się objawia w kniejach i na polu. Ale czyż odrodzenie ranka z nocy nie jest daleko więcej alegorycznym? Tu barwą nadziei jest purpura! czerwona kresa na wschodzie objawia powicie życia i światła, jeżeli czasem, tak samo jak nadzieja ludzka, nie okaże się później fałszywym jedynie blaskiem, łuną pożaru wsi lub miasta.

Krystian widział blask na wschodzie; zapewne nadchodził ranek, ale jakkolwiek horyzont rozwidnił się, słońce jednak ciągle było w ukryciu.

Był to pożar, a paliło się w Örebäk, w domu ojczyma. Wszyscy tam jeszcze spali i dlatego czerwony płomień śmielej wyciągał swoje ramiona przez szpary dachu i przez okna. Powietrze i śnieg zaczerwieniły się; zamknięte w stajniach konie rżały, a ospałe krowy i woły ryczały w cichej godzinie porannej. Ludzie spali, a wiadomo, że ten kto śpi jest najszczęśliwszym.

Krystian nie wiedział, czyj dwór się palił; patrzył na ogień z tym zajęciem, z którym dziecko zwykle patrzy na cudzy dom w płomieniach, lecz potem —? Tak, nazajutrz rano ogień wygasł, ale żniwa zeszłoroczne były spalone, bydło spalone, a właściciel —? z roztrzaskaną głową leżał pod zapadniętym murem. Dwa chwiejące się kominy sterczały z dymiących gruzów. Wieśniacy i retmani pożarni krzyczeli i wrzeszczeli jeden przez drugiego.

Tu zaszedł Krystian z zawiniątkiem pod pachą, ze skrzypcami na plecach; — to był dom jego matki, przed którym stanął osłupiały.

VII

Przyjmując nową osobę do służby, uważamy zwykle nie tylko na jej zdatność, lecz zarazem i na to, czyli w swojej powierzchowności lub mowie nie ma jakiej strony zbyt śmiesznej. Występujący na scenie aktor musi ucharakteryzować się stosownie do przedstawionej roli, żeby w godny sposób oddał utwór poety; szczególnie też organ ważną w nim stanowi stronę. Przeciwnie pastorom, którzy mają być organem samego Pana Boga, pozwalamy nieraz wystąpić z najmizerniejszym głosem, z najśmieszniejszą deklamacją; jakoż mamy między nimi kaznodziejów z organem to śpiewającym, to nosowym, to znów z nieznośną afektacją, które to wszystkie wady zwykle są zabytkiem stolicy, bo naśladowaniem wziętych tamże w swoim czasie starych predykantów. Tak samo jak dawniej nie wierzono, żeby Pismo Święte można przełożyć na język ojczysty, tak i dziś jeszcze lud, zwłaszcza po wsiach, częstokroć jest mniemania, że nie godzi się Biblii czytać głośno i bez owej przesadnej intonacji, którą przywykł słyszeć od pastora głoszącego z ambony słowo Boże. Zamiast przemówić głosem naturalnym z piersi i od serca, zamiast słuchaczom swoim spojrzeć oko w oko, ci panowie stoją zwykle jak zaperzone indyki z głową przekręconą w jedną stronę, a oczami w drugą. Słowo Boże, tak samo jak wino świętej Ofiary, podawać należy w kielichu czystym i otwartym.