— Daj temu pokój, proszę!
— O! Nie! Nie! — odparła żywo. — Ja bym ci się tak pragnęła na coś przydać!
— To pozwól przynajmniej, że ci pomogę — rzekłem, rad w duszy, że mnie tak niespodziewane uprzyjemnienie żmudnej roboty spotyka.
Zresztą, nie myślałem się nad nią długo mozolić. Jeden rzut oka wystarczył mi, aby się przekonać, w jak opłakanym stanie znajdował się księgozbiór mego nieboszczyka wuja, przedmiot jego zabiegów i dumy, źródło tyluż145 wewnętrznych pociech, ilu strat gospodarskich i małżeńskich goryczy. Większa część książek nie posiadała okładek, inne rozlatywały się za dotknięciem, jak podniesiona jedną ręką harmonijka, co było jeszcze najpomyślniejszą kombinacją, resztę bowiem składały same początki, środki i końce dzieł, porozdzierane, ponadrywane, odrażające brudem i żółtymi plamami wilgoci. Nie dość na tym, trąciło to wszystko myszą tak nieznośnie, że aż mi świeczki w oczach stanęły, gdym się pochylił nad jedną z tych czterech płacht, którym praktyczna ciotka powierzyła umysłową spuściznę swego małżonka, a które, gdy się je dobrze wypakuje i na krzyż zwiąże, przybierają kształt, zwany pospolicie zajdami.
Do tych więc zajd, kilkowiekową może mądrością ludzką napchanych, która im tu i owdzie dziurami zgrzebnego płótna wyłaziła, zabrałem się bohatersko, chcąc je rozwiązać, ale wstrzymała mnie Ela.
— Tego nie ruszaj, Bolesiu — rzekła — tam już wszystko przejrzane. I tam także — dodała, Widząc, że się do drugiej zwracam. — Nie darowałam żadnemu świstkowi.
— Co? — rzekłem, mierząc wzrokiem te osobliwsze piramidy, które rozrzucić było już pracą nie lada, a cóż dopiero grzebać się w nich i na powrót układać. — Więc odkądże ty tu jesteś, Gabruniu?
— Odkąd wstałam — rzuciła mi od niechcenia, nie przestając szukać.
Odkąd wstała! A wstała równo ze świtem, według słów bosej dziewczyny. To znaczyło, że ta delikatna, wykwintna istota, którą wczoraj jeszcze ciotka z proboszczem pomawiali o brak wytrwałości, strawiła około siedmiu godzin, nie jedząc i nie odpoczywając, pod tym dusznym, gorącym strychem, wśród obrzydliwych mysich wyziewów i nieporządków, łykając kurz, dźwigając olbrzymie tomiska, babrząc się w tym bibulanym bigosie! I to wszystko dla szpargału, o którym nawiasowo wspomniałem!
— Ależ to szaleństwo! — wykrzyknąłem, sam nie wiedząc, czy mnie to bardziej zdumiewa, czy śmieszy. — To się można rozchorować z takiego umęczenia! Nazwij mnie niewdzięcznikiem, jeśli chcesz, ale ja ci powiem, że to jest także egzaltacja swojego rodzaju. Egzaltacja uczynności, kochana Gabruniu. Bardzo piękny defekt, ale zawsze szkodliwy, a jak w obecnym wypadku, zupełnie zmarnowany. Kto by tu trafił do ładu w tym śmietniku... Ani jednej całej książki. Proszę cię, wyjdź stąd zaraz!