— A widzisz, żeś się omylił — zawołała Ela z tryumfem — właśnie, że znalazłam... Początek i koniec pierwszego tomu i kilkanaście kartek z drugiego. Reszta także być musi... tylko trochę cierpliwości.

I podała mi odłożone na bok trofea swych poszukiwań.

Przejrzałem je szybko i ucieszyłem się ogromnie, gdyż szczęśliwym zbiegiem okoliczności w urywkach tych znajdowało się to właśnie, co mi potrzebnym było.

— Jesteś cudowną wróżką, Gabruniu! — zawołałem z radością — Odgadłaś co znaleźć. O resztę już mniejsza. Ach! To wybornie! Niechajże ci podziękuję ogniście!

Chciałem pochwycić jej rączki, ale cofnęła je w tył żywo, śmiejąc się takim dźwięcznym, uszczęśliwionym śmiechem, jakiego nigdy u niej nie słyszałem.

Była prześliczna z tym ruchem figlarnego dziecka, klęcząca, umorusana, niby kopciuszek nad swym przetakiem gorczycy, gdy po niego złocista kareta zajechała.

— Fe! Fe! Takie brudne ręce! — broniła się wesoło. — Poczekaj z podzięką, aż się umyję.

— Ani myślę! — odparłem, przysuwając się. — Już ja tu sobie znajdę jakieś czyste miejsce.

I objąwszy ją w pół, odchyliłem wyżej jeszcze szeroki rękaw bluzy i wycisnąłem długi pocałunek na mlecznym, krągłym ramieniu mojej kuzynki.

Ela nie broniła się już. Milczała. Czułem, tylko drżenie atłasowego ciała pod mymi ustami; promienna jej główka, jakby ulegając nieprzepartej sile, oparła się o moje piersi, kibić przegięła się, tuląc silniej w mój uścisk; biedne, czerwone i nabrzękłe rączki zwiesiły się bezwładnie, a ona sama rozpłakała się cichym, namiętnym łkaniem.