— Gabruniu! Na Boga! Jakże można! Uspokój się! — wołałem głupio zakłopotany jak zawsze mężczyzna wobec kobiecych łez. — Otóż to takie skutki! Zmęczyłaś się, zdenerwowałaś! Moja jedyna!
Ela płakała ciągle. Trzymałem ją w objęciach i przyciskałem do siebie; gładziłem z lekka jej włosy, powtarzałem bezmyślne trochę słowa perswazji, starając się nadać głosowi memu najłagodniejsze brzmienie, znajdując niewypowiedziany urok w kojeniu tego roztkliwionego biedactwa, co się do mnie z takiem zupełnym oddaniem garnęło. Mimo to, życzyłem sobie bardzo, żeby przestała płakać, a nie miałem pojęcia, w jaki sposób najprędzej wzruszenie jej uśmierzyć.
— Gabruniu! Ja ci wody przyniosę! — zawołałem, natchniony nagłą myślą.
Ale ona zatrzymała mnie prawie gwałtownie.
— Zostań! — szepnęła, a gorący jej oddech musnął mnie po szyi, jak pieszczota kochanki — Zostań i nie mów nic do mnie. Jam taka szczęśliwa w tej chwili!...
Spełniłem jej wolę, tym skwapliwiej146, że doprawdy, nie miałem jej nic do powiedzenia. Było mi jakoś strasznie niemądrze na sercu.
I znowu, jak wtedy przy oknie, uczułem instynktowo obecność czegoś nieprzewidzianego pomiędzy nami, czegoś, co mi zapachniało, jak piękna róża i błysnęło, jak iskra brylantowa, czegoś, co mi samo szło w ręce, a ja nie wiedziałem, czy to brać i jak to brać i co z tym zrobić, i żal mi było tego sobie nie przywłaszczyć i chciałem tylko, żeby mi dano długo jeszcze w tym zawieszeniu pozostać, bom147 odgadywał, że jest ono najlepsze z tego wszystkiego, co chwila taka przynieść mogła.
Wreszcie Ela uspokoiła się, otarła oczy, odsunęła się ode mnie i machinalnie zaczęła zbierać książki.
— Więc masz już wszystko, czego ci potrzeba? — zapytała, aby coś powiedzieć.
— Wszystko.