Zabawiłem jeszcze parę tygodni na wsi, po czym wróciłem do Warszawy. Rozstaliśmy się z Elą bez pożegnania, gdyż było to jednym z jej dziwactw, że nie żegnała się nigdy, przynajmniej ze mną.
Wieczorem, w przeddzień mego wyjazdu, wyciągnęła tylko do mnie rękę, jak zwykle, powiedziała mi dobranoc bardzo spokojnie, a nazajutrz, kiedym o szóstej z rana śpieszył na pociąg, nie pojawiła się już przy bryczce, do której towarzyszyła mi ciotka, obarczając mnie równie przerażającą ilością poleceń, jak zapasów na drogę.
Mimo woli szukałem oczami Eli i nieobecność jej była mi przykrzejszą tym razem, niż kiedykolwiek.
Pokój jej zamknięty był z wewnątrz, a Magdusia dowodziła, że panienka śpi aż chrapie. Nie kazałem jej budzić, choć mi się bardzo w ten sen i to chrapanie wierzyć nie chciało.
Ciotka ruszała ramionami, irytując się na ślamazarność mojej kuzynki.
— Widzisz, jakie to niemrawe! — mówiła — Nawet się nie wyguzdrała, żeby cię pożegnać, a niby to tak wiele sobie z ciebie robi. I ręczę, że przez cały dzień będzie desperowała, że zaspała. Ale to już taka nieszczęśliwa natura!
Kiedy bryczka, wytoczywszy się z dziedzińca okrążała ogród, zdawało mi się, że krzaki pod płotem poruszyły się i coś w trawach zaszeleściło, ale nie byłem pewny. Odwróciłem się i patrzyłem długo za niknącą w rannych, różowawych oparach wioseczką, jak gdybym przeczuwał, że ją bardzo nieprędko zobaczę.
IV
Następnego roku okoliczności tak się złożyły, że zamiast do ciotki, pojechałem na letnie miesiące do Szczawnicy. Byłem skłonny do cierpień gardlanych; doktor zalecił mi tamtejsze wody i górskie powietrze.
Trafiłem na sezon wyjątkowo obfitujący w ładne panny, jak utrzymywała miejscowa kronika, a z pomiędzy nich jedna szczególnie zwróciła moją uwagę. Wyglądała jak uosobienie zdrowia, życia i wesołości. Nie mogła nawet udawać, że się leczy, widocznym było, że przyjechała dla zabawy i bawiła się też całą duszą. Wszędzie jej było pełno, biegała po szczytach jak giemza, tańczyła na reunionach niezmordowanie, przebierała się po góralsku, jeździła konno, była zawsze mówiąca, uśmiechnięta, świeża. Podobała mi się bardzo. Przedstawiłem jej się między dwoma kubkami Józefiny na deptaku, podczas wycieczki na Trzy Korony doszedłem, nie wiadomo na jakiej zasadzie, do głębokiego przekonania, że jesteśmy stworzeni dla siebie, na najbliższym reunionie148 wyjawiłem jej ten pogląd, i zapytałem o jej zdanie, a ponieważ okazało się zadziwiająco zgodnym z moim, więc zaręczyliśmy się niebawem.