Ponieważ ciotka mieszkała dla oszczędności u mnie, poszedłem natychmiast do jej pokoju.
— Moja ciociu! — zawołałem wchodząc — Co ta Gabrunia sobie myśli! Na moje wesele niby dla kosztu nie przyjeżdża, a w jakieś podarunki chce się bawić. Niechże mi ciocia zrobi tę łaskę i zwolni od tej wyproszonej zapewne u ciocinej kieszeni pamiątki, a jej wytłumaczy, żem151 jej nie przyjął, bo się gniewam i...
Urwałem dalsze wywody, spostrzegłszy niezwyczajne wzburzenie ciotki. I ona także trzymała list w jednej ręce, a w drugiej podłużne płaskie pudełko.
— To wariatka ta dziewczyna! — wykrzyknęła, zwracając się do mnie. — Istna wariatka! Patrz! Co ona najlepszego zrobiła.
I gwałtownie otworzywszy pudełko, którego nakrycie zleciało na ziemię, mignęła mi przed oczyma długim, złocistym warkoczem.
Poznałem włosy Gabruni i wszystka krew uderzyła mi do twarzy. Było to wrażenie wskrzeszonego nagle wspomnienia, któremu od dawna powiedzieliśmy requiescat in pace152, a którego żywotność dziwi nas i przestrasza.
— Co to znaczy? — wykrzyknąłem.
— A masz, czytaj! — odparła ciotka z furią, list mi rzucając:
— „Kochana ciociu — pisała Ela — proszę się nie zdziwić temu, co posyłam. Włosy mi tak wychodzą, że postanowiłam je obciąć. Szkoda nie wielka, wkrótce odrosną. Chciałam je spalić, ale przyszło mi na myśl, że w Warszawie kupują takie rzeczy i że za ten kolor podobno nawet bardzo dobrze płacą. Niechże więc kochana ciocia będzie łaskawa, sprzeda je jakiemu fryzjerowi i kupi za to taki wazon alabastrowy, jaki u nas stoi na serwantce, bo wiem, że on się Bolesiowi podobał. Będą to pierwsze w życiu pieniądze, które mymi własnymi nazwać będę mogła, i nie umiałabym ich lepiej i milej zużytkować, jak ofiarując Bolesiowi tę drobnostkę w dzień jego ślubu. Przypominać mu ona będzie najszczęśliwszą chwilę życia i zarazem bardzo życzliwą kuzynkę, która dla niego więcej pragnie, niż wypowiedzieć potrafi”.
Opuściłem rękę z listem w milczeniu.