— Myślisz, że to prawda! — wołała zaperzona ciotka. — Kłamie! Nigdy jej włosy nie wychodziły! Obcięła z umysłu, bo to taka szatańska duma, że chciała z prezentem wystąpić, a o pieniądze nie prosić! Ja ją znam! Niegodziwa dziewczyna! To się dopiero oszpeciła! No, teraz już i pan Kazimierz nie zechciałby takiego rekruta. Mój Boże! Mój Boże! Takie pyszne włosy!
Drżałem ciągle z hamowanego wzruszenia i znowu ten mściwy sarkazm, ten zmysł śmieszności, jaki mnie zawsze z pod zbytniego uroku mojej pięknej kuzynki wyzwalał, przyszedł mi i teraz z pomocą.
— Niech ciocia ma pretensję do Wiktora Hugo153 — rzekłem żartobliwie, choć głos mi się trząsł jak w febrze. — Gabrunia musiała się w nim ostatnimi czasy rozczytywać i przyszła jej ochota naśladować biedną Fontinę.
— Kogo? powiadasz — rzekła ciotka. — Mnie się zdaję, że ona nikogo naśladować nie mogła, bo takiej drugiej wariatki nie było i nie będzie.
Nie znalazłem na razie odpowiedzi na ten argument i zamilkliśmy oboje.
— Niechże mi ciocia da te włosy — odezwałem się wreszcie. — Zrzekam się wazonu; wolę dar in natura154, choćby dla oryginalności.
Zaniosłem ciężki, ogromny warkocz do swego pokoju, ułożyłem go starannie w pudełku i schowałem do najskrytszej szuflady biurka, obok zżółkłych Archiwów Jabczyńskiego, spoczywających tam wśród kilku innych przedmiotów, do których wyjątkową przywiązywałem wartość. Nie byłem w ogóle romantyczny, nie lubowałem się w pamiątkach i wspomnieniach, ale każdy w życiu ma jakąś swoją idylle, jakąś opalową chwilę poezji; dla mnie zamknęła się ona w tej starej podartej książce i w tym złotym warkoczu.
Późnym wieczorem, gdym wrócił od narzeczonej, w tę ostatnią kawalerską noc, wydobyłem raz jeszcze włosy Gabruni i dumałem nad nimi długo, dłużej, niż wtedy na wsi, nad przyniesionymi ze strychu szpargałami.
Zdawało mi się, że te lśniące, miękkie sploty kończą mi wyraźniej i obszerniej opowiadać tajemnicę biednego dziewczęcego serca, która zaszemrała mi dwa razy w zapachu więdnących jaśminów i w osłonecznionych pyłach książkowych, niedopowiedziana, niedosłuchana, smutna, jak wszystko, co przez pół żyje i przez pół umiera.
„Jak ona ciebie kocha”, szeptały mi włosy Eli; „jak ona ciebie kocha”, a ja, szczęśliwy narzeczony, jutrzejszy małżonek, wsłuchiwałem się w ten szept zakazany z bezbrzeżną rozkoszą i bezbrzeżnym smutkiem.