— Odpędza mnie pani?
— Kategorycznie.
— W takim razie wiem, jak sobie znajdę cichy, „nieuciążliwy” — podkreślił ten wyraz — zakątek, aby się tam powiesić.
Zaśmiałam się znowu, ale czułam, że mi jest coraz smutniej na duszy.
— Pan żartuje, a to nie jest takie zabawne, jakby się zdawać mogło.
— Ma pani słuszność — odparł poważniejąc nagle i poszliśmy na Tappeiner-Weg już w najlepszej zgodzie.
W parę godzin potem kończyłam przebierać się do obiadu, gdy zapukano dyskretnie do moich drzwi.
Domyśliłam się, że to wujaszek Adam.
— Proszę! — zawołałam.
Wszedł wyprostowany, swym monarszym krokiem, ubrany z drobiazgową starannością, przygładzając z lekka ręką w białej, zamszowej rękawiczce zwichrzone nieco pukle swych pięknych, srebrnych włosów.