Głos jej załamał się, błyskawicznym ruchem wydobyła rękę z kieszeni, stal rewolweru mignęła przed mymi osłupiałymi oczyma, rozległ się wystrzał nim zdążyłem podbiec i broń szalonej dziewczynie wytrącić, i Ela runęła u stóp moich trafiona w piersi.
Wtedy i mnie coś jakby w głowie pękło i w gardle się rozerwało i wydałem nie okrzyk ludzki, ale ryk straszliwy, zwierzęcy, który dotąd słyszę, jak dotąd widzę tę postać, leżącą na ziemi i krwią zbryzganą.
Ale wszystkiego, co się potem stało, nie pomnę.
Wiem tylko, że pokój napełnił się mgłą czerwoną, że macając w tej mgle, trafiłem na ciało Eli i dźwignąłem je, że się zbiegli, że mi je odebrali i, że raptem wszystko zniknęło mi z przed oczu.
Kiedym odzyskał przytomność, leżałem w ubraniu na łóżku w swoim pokoju, a przy umie siedziała Wanda, blada z zaciśniętymi ustami.
Chwyciłem jej rękę i przyciągnąłem ją ku sobie, a ona wpatrywała się we mnie z takim natężeniem, jak gdyby szale jej przeznaczeń ważyły się na moich ustach.
— Żyje? — wyszeptałem głosem bez dźwięku.
Wanda cofnęła się. Można było pomyśleć, że ją ukąsiła żmija.
— A! — rzekła tylko, jak ktoś, co się na niechybnej rachubie zawiódł.
Wstrząsnąłem nią.