— Mów do mnie, Bolesiu — wyszeptała Ela. — Powiedz mi raz jeszcze głośno: Gabruniu!
Machinalnie powtórzyłem za nią:
— Gabruniu.
Ogromny niepokój odmalował się w jej gasnącem spojrzeniu.
— Głośniej! — wyrwało się z jej piersi. — Głośniej — na Boga!
— Nie mogę! — jęknąłem głucho — Ty wiesz... nie mogę!
Spazmatyczny ból wykrzywił jej piękne rysy. Uniosła się ostatnim wysiłkiem na poduszkach, błędnymi oczyma tocząc dokoła. Światło gromnicy odbiło się w kropelkach potu na jej skroni, kładąc ognistą pieczęć na tym zwichniętym, wątłym umyśle, aby się dłużej nie szamotał i nie męczył.
— Nie może! — zawołała z rozpaczą — Nie może! Więc i to na nic! Życie na nic... I śmierć na nic... Och! Och!
Dla mnie ten jej wykrzyknik, w którym zamknęła się cała gorycz i cały ból ostatniego zawodu, był błyskawicą straszliwej prawdy. Przypomniała mi się rozmowa Eli z moją żoną pod buldeneżami165 i zrozumiałem, że zabiła się dla mnie, aby mi głos przywrócić i byłbym pragnął skonać w tej chwili z nią razem.
Ona tymczasem umilkła i przerażone oczy utkwiła w modlącym się księdzu, jak dziecko, które się własnego postępku zlękło.