— O Boże! — wołała — Takie nieszczęście! A ten mój biedny Lucyś! On się zagryzie! Och! Och! Głową o mur bije, że rewolwer na biurku zostawił. Ale kto się mógł spodziewać! O Boże! O Boże!

I rzuciła się na krzesło, oddając się krzykliwej, kobiecej rozpaczy.

— Ciotko — wykrztusiłem — przez litość! Co z nią?

— Przyszłam po ciebie — odpowiedziała, płacząc ciągle. — Doktór już odjechał... ksiądz proboszcz jest przy niej...

Zrozumiałem, podniosłem się i poszedłem do pokoju umierającej. Sił mi nagle przybyło.

Ela leżała pod swymi bluszczami na posłaniu rozpuszczonych włosów. Proboszcz z twarzą zmienioną do niepoznania stał w nogach łóżka i czytał modlitwy za konających. Zapalona gromnica trzęsła się w jego dłoni, jak gdyby serce kapłana szlochało w tym żółtym, migotliwym płomieniu, podczas gdy głos jego wznosił się przejmujący i uroczysty ponad ludzkie uczucia, żebrząc dla tej biednej duszy wyższego nad ludzką moc zmiłowania.

Ukląkłem przy łóżku i wziąłem marmurową rękę Eli, spoczywającą na kołdrze. Objęła z lekka stygnącymi paluszkami dłoń moją, jak wtedy... jak wtedy!...

Błękitne jej oczy wpatrzyły się we mnie z zaczerpniętą już nie z tego świata słodyczą i miłością.

Wielka cisza była w pokoju, a w tę ciszę padały namaszczone, jakby same przez się święte słowa proboszcza:

„Polecam cię, duszo świat ten żegnająca, Panu Bogu Wszechmogącemu, w ręce Stwórcy Twojemu”.