— Dziesiątki, Murciu? Widzisz! Jakie z ciebie niewdzięczne dziecko! To ci nie dałem wczoraj czterech rubli, co?
— Ale! Mnie! To sobie pan dał, nie mnie. Jakżebym pana woził, żeby pan był nie dał? Boso? Buty musiałem kupić.
— Buty? toż kupowałeś przed trzema tygodniami.
— A kupowałem. Ale przy tych diabelskich spacerach to i na dwa nie starczy. Cóż to pan myśli? Że taki wózek pchać i pana prowadzić, to niby nic? Akuracik! To jakby trzech ludzi na jednych nogach chodziło, a nie pojedynczy człowiek.
— Przesadzasz, Murciulku, przesadzasz — perswadował monotonnym głosem stary, siląc się żwawiej suwać nogami — kiedy ja sam czuję, że od pewnego czasu lżejszy jestem.
— Bodaj taka prawda była. Tylko że mi od tej lekkości już rękaw na szczęt178 się wytarł. O! Widzi pan — i usuwając bez ceremonii opierającą się na nim rękę, pokazywał zamszone trochę sukno.
Staruszek obracał głowę i niespokojnie oglądał nadwerężony szczegół stroju wykwintnego Murka.
— Bój się Boga! Tegoroczny garnitur. A toż maj dopiero!
— Czy to moja wina? Czemu się pan tak ciężko opiera? Przecież taki letni anglik to nie żelazo.
— To i cóż będzie?