— A cóż? Trzeba będzie nowy sprawić. Nie wstyd by to panu było, żeby się na mnie łachmany trzęsły?

Stary wzdychał ciężko, ale nic nie odpowiadał.

— Wiesz co, Murku? — zaczynał po chwili namysłu, przystając — A gdybym ja tak popróbował sam trochę chodzić. Jak myślisz?

— A niech pan próbuje.

Odstępował od niego i z krytycznym niesmakiem przypatrywał się, jak stary, sobie zostawiony, chwiał się przez chwilę na nogach, chwytając równowagę, potem raptownym ruchem wystawiał razem laskę i jedną nogę przed siebie, jakby je chciał wtłoczyć w twardy pocętkowany drgającymi cieniami grunt alei, i posuwał się naprzód, wlokąc za sobą drugą stopę, aby z nią ten sam manewr wykonać.

Było coś boleśnie komicznego w tej postaci drobnej, suchej, zgarbionej, rwącej się do ruchu, do życia, starą, dyszącą piersią i bezsilnymi członkami; podczas gdy smukły, prosty jak młoda topola chłopak stał nad nią, zdając się z jej niedołęstwa natrząsać.

Stał, prostował ścierpłe łokcie i zapalał świeżego papierosa.

Tymczasem pan jego, ubiwszy w ten bohaterski sposób kilkanaście kroków, słabnął i zaczynał słaniać się, walcząc z ogarniającą go niemocą.

Wtedy Murek przyskakiwał do niego i chwytał go za ramię.

— Niech no pan da pokój. Jeszcze pan rymnie, jak wtedy, i będę musiał pana dźwigać. Dosyć już tego będzie.