I stary zawracał posłusznie w stronę wózka, rozczulony troskliwością swego opiekuna.
— Poczciwe dziecko! — mówił, pocierając ukradkiem ramię, na którego skórze wszystkie pięć palców Murka musiały dokładny odcisk zostawić. — Że też ty się tak o mnie boisz!
Siadał na ławce pod drzewem i podawał chłopcu wydobyte z kieszeni ranne wydanie Kuryera.
— Co czytać? Fajtleton?
— Możesz.
I Murek zaczynał czytać monotonnym, urywanym głosem, z najgłębszym lekceważeniem dla przecinków, średników i innych subtelności pisarskiego kunsztu.
Jasne, majowe słońce sączyło się przez liście na odsłoniętą, siwą głowę i kark zgarbiony staruszka, wlewając dobroczynne ciepło w krew, krążącą leniwie pod żółtą, gąbkowatą skórą; woda w zbiorniku pluskała cicho z szelestami migających w niej rybek, szerokolistne akwarystyczne rośliny chwiały się nad nim, ostre, błyszczące kontury rzeźbiąc na tle błękitnej atmosfery, czarowne fale bzowej woni przepływały w powietrzu, raz po raz słowik odzywał się gdzieś w krzaku i zamilkł, rzekłbyś, zawstydzony, iż się wyrwał nie w porę, a młody, lecz młodzieńczej świeżości pozbawiony głos Murka dźwięczał wśród tej wiosennej ciszy twardo, sucho i równo, niby stuk kołyskowych biegunów.
I stary usypiał z przeciągłym świszczącym sapaniem. Ledwo tylko sapanie to zwiastowało Murkowi, że pan jego pogrążył się w ten stan bezwiedności, chrzczony przez filozofów nazwą przejściowej śmierci, chłopak rzucał gazetę, przeciągał się, i jeśli nikogo w pobliżu nie było, zaczynał wykrzywiać się do śpiącego staruszka.
Stawiał mu niedopałek papierosa na łysym czubku głowy, albo nakładał mu kapelusz na bakier, co brzydką, niczym szlachetniejszym nie wyidealizowaną starość tego człowieka czyniło odpychająco śmieszną; to znowu pokazywał mu język, wiercąc palcami w policzkach lub dawał mu powietrznego prztyczka w sapiący, w górnej odętej wardze zanurzony koniec nosa.
Te znęcania się sprawiały mu wyraźnie jakąś ulgę. Jego blade, rybie oczy, ciemniały wyrazem hamowanego okrucieństwa, usta rozchylały się w drapieżnym uśmiechu; zdawało się, że tylko obawa następstw zatrzymuje jego grube, płaskie paznokcie od worania się w pomarszczoną skórę bezbronnej, niczego się niedomyślającej ofiary.