— Zgniłe próchno! — mówił. — Kutwo179 obmierzły! Żebym ja się tak przy tobie mordował! Bodajżeś180 się twymi dukatami udławił.
Jeżeli w trakcie tej pięknej zabawki postać jakaś zaczerniła się w oddali, Murek z czającej się pantery przedzierzgał181 się w opiekuńczego anioła stróża.
Stawał za ławką i jedwabną chusteczką powiewał nad głową swego pana. Zaiskrzone oczy przysłaniał białymi powiekami i nadchodzącemu widzowi ukazywała się istnie wzruszająca grupa: pusty wózek kaleki, drzemiący na ławie starzec i ten wysoki, szczupły, troskliwie nad nim pochylony młodzieniaszek!
Po niejakim czasie Murek spoglądał na zegarek i budził śpiącego.
— Niech no pan wstaje. Już pora na obiad.
Stary podnosił raptem głowę.
— To ja spałem, Murciu!
— A tylko co?
— Aleś ty ciągle czytał?
— Spodziewać się.