Wujaszek machnął ręką.
— At! Nie kleiła się rozmowa. Gdym nadchodził, ona coś mu opowiadała bardzo ożywiona, a potem całkiem osowiała i umilkła. On też milczał.
— Bardzo wierzę — rzekłam z irytacją — alboż wujaszek nie wie, że troje nie jest towarzystwem? Trzeba było pójść sobie dalej, a ich zostawić.
— Masz rację, kochanko moja — przytaknął wujaszek — i „jak mamę kocham”, nie rozumiem, czemu do nich przyłączyłem się, bo to nie mój genre26. Ona nudna, a on... blagier27, bawidamek28, typowy koroniarz29.
— Więc po cóż...
— Toż mówię tobie, kochana, że ot... tak sobie. Ale oni zaraz potem sami wstali...
— A wujaszek?
— A coż? Poszedłem z nimi... Doktor towarzyszył nam aż tutaj i pożegnał się. Pani Idalia coś tam bąkała, żeby wstąpił do niej na górę, ale zrekuzował30 ją, bo mówił, że już mu czas na kolej. Więc ja ją za to odprowadziłem aż do samych drzwi jej pokoju. Podziękowała mi.
— Podziękowała wujaszkowi!
Nic więcej nie rzekłam, bo i na co to by się zdało? Ale nigdy, nigdy los nie wydał mi się tak bezmyślnie, tak bezcelowo okrutnym, jak w owym wypadku. Gdybyż choć cośkolwiek zawiązało się komuś z tej ciężkiej krzywdy, jaka się tu stała; niechby nawet coś ujemnego, jakieś zadowolenie zemsty, jakieś postawienie na swoim, ale nic... nic... Bezwiedny nietakt roztargnionego człowieka, który pierwej byłby dał sobie uciąć prawą rękę, niżby rozmyślnie uczynił coś podobnego...