Z tym wszystkim nie śmiał odrzucić niepożądanej łaski. Wszak łaska każda na pstrym koniu jeździ, więc choćby ten koń trząsł niemiłosiernie, siedzieć trzeba cicho, bo gotów zrzucić.

Pojechali zatem.

Ogród przedstawiał się bardzo brzydko i pusto. Wysoki, pstry wał opadłego liścia leżał pod parkanem, z winogronowych u wejścia altanek zwieszały się pęki starych postronków, w tak wdzięczną jeszcze niedawno koronkę zieleni splątanych, bzy podnosiły swą ciemną nagość, drgającą od chłodnych podmuchów wiatru, który pędził z północy grube, bawełniaste chmury, podczas gdy na zachodzie niebo dymiło się krwawo nad tonącą już w mrokach ziemią.

Murek zatrzymał wózek koło akwarium i obejrzał się.

Skulski drżącymi rękoma zaczął odpinać fartuch.

Spostrzegł to chłopak i szybko zwrócił się ku niemu.

— E! Niech pan da spokój — rzekł przekonywająco. — Pan wygląda mizernie. Dosyć się pan rano naspacerował.

— Kiedy mi zimno, Murciu, bardzo mi zimno — odparł stary, wzdrygając się. — Chciałbym się trochę rozgrzać!

— Od ziemi wilgoć ciągnie. Zaziębi się pan. Już niech mnie pan usłucha.

Murek mówił niezwykle łagodnie, a Skulskiemu aż się w duszy rozpływało od tej jego dobroci. Kochany chłopiec! Zawsze troskliwy! A on o nim takie brzydkie rzeczy myślał w ostatnich czasach!