— Ja zaraz wrócę.
I chciał iść, ale Skulski przytrzymał go z instynktową jakąś obawą.
— Ale wrócisz? Zaraz wrócisz? — powtórzył uparcie. — Nie zostawiałbyś mnie samego. Już się ściemnia. Cóż tu za interesy mieć możesz? Jedźmy lepiej do domu.
— Jaki też pan dziwny! Kiedy powiadam, że zaraz wrócę.
— Pamiętaj Murciulku, bo mi zimno.
— Zaraz, zaraz!
I rzuciwszy mu niecierpliwie to zapewnienie, poskoczył w stronę, gdzie zniknęła kobieta.
Stary spuścił z rezygnacją głowę na piersi i czekał czas jakiś nieruchomo.
Chmury przebałwaniły się na drugą stronę nieba i starły resztę brudnego karmazynu z jego krańców. Suche szelesty latały po gałęziach; powietrze napełniało się coraz większą wilgocią. Deszcz tylko co wisiał.
Z głębi ogrodu rozległy się stąpania. Stary szybko podniósł głowę. To Murek! Nie, to jakichś dwóch panów, żywą zajętych rozmową.