— A mój stary? — rzekł. — Jakże go tak zostawić? Może by lepiej wieczorem.
Ale Róża musiała mieć inne plany na wieczór, albo też była bardzo głodna i pociągnęła go bez ceremonii.
— Co tam stary! — rzekła — poczeka. My młodzi nie możemy czekać.
I spojrzała mu w oczy tak obiecująco, że byłby poszedł za nią nie tylko do restauracji, ale do samej Ameryki, gdyby mu dane było wprzódy221 opróżnić biurko Skulskiego.
Nie pamiętał tak rozkosznej uczty. Ale takie już było jego nieszczęście, że mu coś zawsze każdą satysfakcję zatruć musiało. Tamtym razem ów fałszywy brat, teraz ten stary. Co się rozochoci, kieliszkiem o kieliszek trąci, rączkę Panny Róży przez stół ściśnie, lub jej nóżkę pod stołem przydepnie, wnet jakiś głos szepce mu do ucha: Wracaj już! Wracaj! Stary czeka. Stary się niecierpliwi. Zupełnie jak gdyby kto jadł miód, a tu cały rój os brzęczy dokoła niego i ten biedak już sam nie wie czy jeść, czy się opędzać, czy rzucić wszystko do pioruna.
Parę razy Murek wstawał z determinacją.
— Trzeba już iść — mówił.
Na to jego towarzyszka spoglądała najprzód z żalem na pełną jeszcze w połowie butelkę, a potem jemu w oczy.
— Jeszcze chwilkę — mówiła syrenim głosem i nalewała mu świeży kieliszek.
Ile razy się to powtórzyło i jak długo przeciągnęło, nie wiedział. Rozmarzony winem i spojrzeniem tej, co mu je nalewała, stracił zupełnie rachubę czasu.