Księżyc wypłynął znowu na cichy błękit nocny i bladym, wielkim okiem wpatruje się we wnętrze wagonu, w dwie postacie ludzkie, uśpione w dwóch przeciwległych kątach.
Tych dwoje marzyło niegdyś o połączeniu się swych oddechów w długim pocałunku — dziś łączą się one... w chrapaniu, które u „Niej” naśladuje stłumione burczenie kotki, a u „Niego” gniewny gwizd kosa.
I śni się „Jemu”, że widzi tłumy ludzkich marzeń o fantastycznych kształtach, ulatujące z potężnego łona młodości; jedne miotane niecierpliwą gorączką pragnienia; inne rozkosznie leniwe — a ponad całym tym tłumem, zwiesza się niewzruszona ręka losu, kreśląca chochlikowato powykrzywianymi głoskami słowa poety: Numinibus vota exaudita malignis267...
Od granicy „On” i „Ona” jadą już w osobnych wagonach.
Kwiat paproci pana Leonarda
Pan Leonard jest młodzieńcem pod każdym względem bez zarzutu. Patrząc na niego, żal bierze, że go nie można, niby wielki wzór kaligraficzny, wypisać u nagłówka kajetów życia (gdyby takie po składach materiałów piśmiennych sprzedawano) wszystkich innych synów naszego grodu, by kopiując linijkę za linijką doszli do podobnej doskonałości.
Młodzieniec ten nie zna drogi do żadnego z najbardziej nawet renomowanych lombardów, nie kryje się na widok żadnego najcharakterystyczniej nawet orlego nosa, nie traci czasu na ustawicznym poszukiwaniu krawca, który by opłatę jednego garnituru rozłożył na trzy lata, nie pali więcej nad sześć papierosów dziennie, nie nosi laski ani parasola pod pachą, nie spóźnia się do swego biura więcej nad pól godziny, bywa przynajmniej raz na tydzień w Nowościach, a raz w miesiąc w Rozmaitości, lubi „Halkę” i „Violettę”, a także walca z „Wesołej wdówki”, choćby granego na gramofonie, wreszcie odwiedza sumienne każdą wystawę, jaką Warszawa zechce go uszczęśliwić.
Jest optymistą na punkcie swego rodzinnego miasta. Zimą patrzy z pobłażaniem na góry brudnego śniegu przed trotuarami268, nawet gdy mu nie pozwalają dojrzeć co się pomiędzy ich pasmami dzieje, latem z równą pogodą umysłu łyka kurz i pozwala stróżom oblewać się wodą a murarzom wapnem; z lubością śledzi naprawę bruków na pryncypalnych269 ulicach twierdząc, że co ma być dobrze zrobione, musi być robione wolno, a podmiejskie kolejki mają w nim zapalonego zwolennika i obrońcę.
Pomimo, że skończył już dwadzieścia osiem lat, żyłka awanturnicza nie zawiodła go nigdy dalej niż do Konstancina, Wilanowa lub Milanówki, skutkiem czego wieś przedstawia mu się w kształtach dziwnie fantastycznych i niejasnych, a każdy las widziany z daleka przejmuje go takim uszanowaniem, z jakiem zapewne amerykańscy pionierowie spoglądali na zastępujące im drogę żywe mury lianów270.
Wprawdzie jeden z jego dalekich krewnych, mieszkający na Wołyniu, pisze do niego rok rocznie około św. Jana, zapraszając do siebie na wieś, na kwaśne mleko i poziomki, ale pan Leonard, choć w Chinach nie przebywał, zna się na chińskiej gościnności i wie że gdyby ten kuzyn, obarczony liczną rodziną, mieszkał na przykład w skierniewickim, nie rozczuliłby się ani razu nad nadzieją (mogącą się wtedy łatwo ziścić) używania z kochanym Leonardkiem kwaśnego mleka i poziomek — więc też z chwalebną roztropnością przechodzi nad tym wezwaniem z oddali do porządku dziennego.