— Teraz tedy263 tworzycie państwo harmonijny duet — rzecze „On” z mimowolnym sarkazmem — To podobno najpożądańsza264 rzecz w małżeństwie. Co do mnie jednak, wolałbym żyć w wiecznej niezgodzie z moją żoną, niż grywać z nią w rumla265, którego ona adoruje.

— E! Pan się tylko obmawia. Jestem przekonana, że pan musi być bardzo delikatnym i uległym mężem.

Głos pani Ignacowej stał się stłumionym i rozwlekłym. Kołysanie się wagonu, kurczak i wspomnienie poobiednich drzemek z dozgonnym towarzyszem, podziałały na nią usypiająco. Głowa jej zaczyna wykonywać wahadłowe ruchy, oczy mrużą się i przymykają...

„On” patrzy na to i nagle z fotograficzną dokładnością staje mu przed oczyma biały, wiejski gościniec w bok kolejowego plantu wyciągnięty, bryczka wartko266 po nim turkocząca, zgarbione plecy chłopaka woźnicy z opadającymi na nie kosmykami konopiastych włosów i on sam, który się w te plecy machinalnie, w braku innej perspektywy wpatruje i... marzy.

Marzy o sennej, skłaniającej się główce, o znużonych, wiotkich kształtach, jakie ramieniem obejmuje i pieści. Teraz ta główka jest przed nim i słania się nie na żarty, zanurzona w księżycowe blaski; rzeczywistość uzupełnia wymarzone spotkanie jednym więcej szczegółem.

Oboje są jeszcze dosyć młodzi, a iluż to romantycznych przygód trzydziestotrzyletnia kobieta i trzydziestosiedmioletni mężczyzna, byli bohaterami! Szczególnie też w charakterze cudzej żony i cudzego męża. Taka kombinacja podnieca i odmładza niepospolicie.

Czemu więc „On” nie korzysta ze swego szczęścia, lecz przeciwnie, tak skwapliwie rejteruje na dawne miejsce, jakby chroniąc się przed możliwym osunięciem się na niego, tego słodkiego ciężaru.

— Boże! Jak się ta kobieta roztyła! — myśli z niesmakiem, bo właśnie głowa biedaczki nie znalazłszy żadnej podpory, opadła ciężko na piersi, co impertynencko uwydatnia trzy podbródki, tryumfujące na ruinach klasycznego niegdyś owalu.

— Boże! Jak się ta kobieta roztyła!

Poprawia nadymaną poduszkę, okrywa nogi pledem i zamyka powieki.