Tu cisza stała się tak wielką, że miarowy oddech jednego z radców, niewywczasowanego po całonocnym preferansie284 (w Bezradnowie najmodniejszą grą był preferans), przybrał w niej łudzące pozory chrapania.
To wprawiło prezydenta w stan graniczący z ekstazą.
— Na Boga! Pozwólcież mi dokończyć, najmilsi koledzy — zawołał. — Pośpiech jest zwykle złym doradcą. Musimy tę sprawę rozważyć wszechstronnie. Musimy obmyślić coś wielkiego, coś wiekopomnego, coś, co zwróciłoby na nas uwagę całego świata. Teraz zapytuję was, panowie, uroczyście: co?
Dało się słyszeć kilka chrząknięć. Oddychającego rytmicznie radcę jeden z kolegów trącił łokciem w bok, co miało ten skutek, że radca potoczył jakby zdumionym wzrokiem dokoła i zapytał:
— Czy na mnie kolej?
— Tak — podchwycił skwapliwie prezydent. — Tak. Czekamy z niecierpliwością, aby usłyszeć, co najszanowniejszy kolega obmyślić raczył.
— Ja? Na co się to zdało? Gdy się ma totusa w kierach ze wszystkimi asami i leży się bez pięciu, to co tu obmyślać? Pech i koniec.
— Zapewne! Zapewne — przytaknął z niezmąconą pogodą prezydent, a za nim inni powtórzyli: „Zapewne, zapewne”, radzi, że nareszcie mają się z czymś odezwać.
Siedzący naprzeciwko pechowego preferansisty staruszek pochylił się przez stół i zaczął:
— Ja koledze opowiem lepszy wypadek. Jestem na ręku...