Gdy delegacja, złożona z najpoważniejszych właścicieli domów i finansistów, przybyła do prezydenta, aby mu takowy pogląd wyłuszczyć, nieszczęsny ten mąż chwycił się za głowę, potem zemdlał, potem, że mu nikt z trzeźwieniem nie śpieszył, sam się ocucił i czym prędzej zwołał nadzwyczajne posiedzenie.
Stawili się wszyscy, ale w jakichś wojowniczych nastrojach. Nawet radca-preferansista przyszedł wyjątkowo wyspany, gdyż w tym piekielnym chaosie, jaki obecnie przedstawiało Bezradnowo, niepodobieństwem było nawet złożyć partyjkę.
Prezydent, tym razem bez krasomówczych294 omówień, skoczył równymi nogami w jądro sprawy.
— Panowie i koledzy! — zawołał — radźcie! Jesteśmy osaczeni. Możemy być zgubieni. Wali się na nas wszystko. Co począć?
Ale koledzy zamiast radzić, zaczęli z innej beczki:
— Niech ten sobie nad tem łamie głowę, kto pierwszy podał ten idiotyczny projekt (do niedawna był genialny) i wnet jeden przez drugiego jęli wołać:
— To pan!
— Nie! To pan!
— Jak to? Alboż to nie pan?
— Panowie! Wzywam was wszystkich na świadków, że ja radziłem „Filiżankę herbaty” — darł się inny.