Zacietrzewienie tak wzrosło, że już kałamarze były w ruchu.
Prezydent obu garściami chwytał się za łysą czaszkę i, nie znajdując tam żadnej żertwy, wyłamywał sobie z trzaskiem palce.
— Panowie! panowie! — błagał. — Na miłość Boską. Panowie!
I nagle, jak to bywa czasem w chwilach ostatecznej rozpaczy, wizja ratunku zajaśniała w jego zmąconym mózgu.
Z całej siły grzmotnął dzwonkiem w stół.
— Panowie! — wykrzyknął — Uciszcie się! Znalazłem! Jesteśmy uratowani!
I jakby kto okseft oliwy rozlał po morzu, tak ułożyły się wzburzone fale radnych umysłów. Wszyscy przysiedli. Bardziej poturbowani milcząco obcierali sobie zawalane atramentem twarze.
— Znalazłem! — powtórzył prezydent. — Podamy się wszyscy do dymisji!
Wiew geniuszu ma to do siebie, że na razie obezwładnia tych, wśród których przejdzie.
I w sali radnej po słowach prezydenta zapadła bezdenna cisza. Nikt nie drgnął; nikt nie otworzył ust.