Wtem ratusz zatrząsł się w posadach i całe zgromadzenie pospadało z foteli.
Bezprzykładny, nieopisany hałas targał murami gmachu.
Huk, trzask, pisk, wycie, ujadanie, płacz, jęki, zgrzyty, przekleństwa, wszystko razem rozszalało się w jakiejś szatańskiej kakofonii295. Zdawać się mogło, iż piekło otwarło się i śle ziemi swą potępieńczą orkiestrę.
I nagle światło dzienne przygasło.
Za oknami powietrze rozdygotało i jakaś chmura nieokreślonych, ciemnych, szarych i czarnych kształtów pędziła w nim, przewalając się i kłębiąc z zawrotną szybkością.
— Koniec świata! — szepnęli leżący na ziemi ojcowie miasta.
— Koniec świata!
I wtulali twarze w dłonie, i kryli się pod fotele, na wpół umarli ze strachu.
Nie. To nie był koniec świata. To znudzone bezczynnością na pustym placu Kłopoty potłukły witryny, porozwalały pawilony i wracały całą chmarą do miasta.
Żaden wyżeł nie odnajdzie tak pana, jak one trafiały do swych właścicieli. Gdyby który skrył się był w mysią jamę, lub w dziurkę od klucza, i tam byłyby go znalazły. Ale nikt z mieszkańców nie zdążył nawet pomyśleć o tym. Zostali zaskoczeni.