Rzęsiście33 wypomadowany34 młodzieniec, przeczytawszy adnotację doktora na recepcie, rozkazuje jej przyjść za dwadzieścia minut.
Staśka stoi przez chwilę niepewna z kartką w ręce.
Wracać do domu już nie warto, a w aptece czekać za długo... Ot, lepiej powałęsa się trochę po tej ślicznej ulicy, gdzie tyle pięknych sklepów. To jej nawet dobrze zrobi. Od całonocnego szycia czuje taki nieznośny ucisk w skroniach.
Wychodzi więc i zaczyna z wolna iść szerokim chodnikiem.
Nagle staje jak wryta.
Za lustrzaną szybą wspaniałego, ogrodniczego sklepu ze szklanego, smukłego kielicha wystrzela kwiat, a raczej kiść kwiatowa.
Boże święty!... Zupełnie jak Lucia widziała we śnie... Takie same oślepiająco białe listki, dziwacznie powykręcane i takie same szkarłatne serduszka... I musi to być coś osobliwszego, bo kto przejdzie, to się zatrzyma i patrzy.
Ale nikt w taki sposób, jak ta chuda, blada dziewczyna z zaczerwienionymi od bezsenności oczyma, które zdają się przepalać szybę rozpłomienionym w nich nagle ogniem.
I ona cała wygląda w tej chwili, jak urzeczona35. W jej na wpół dziecięcym jeszcze umyśle widok tego kwiatu przyobleka się w kształty jakiegoś cudu, jakiegoś zrządzenia Opatrzności... Jakże! Dziś właśnie śnił się Luci i ona go tak pragnęła zobaczyć. Mówiła, że ozdrawiałaby ze szczęścia... Podobno to tak bywa czasem, a to biedne dziecko, odkąd żyje, nie zaznało naprawdę radości. To może będzie lepsze niż lekarstwo... Zresztą za lekarstwo zapłacić ma trzy ruble, więc jeszcze dwa...
I jakby jakąś nieprzepartą siłą popychana, naciska klamkę i wchodzi.