W sklepie wysoka panna w czarnej sukni, uczesana w prześliczne „ondulacje36” jak na bal, z miną zdetronizowanej37 królowej przebiera niedbale bladymi palcami w pęku różowych goździków.
— Proszę pani, ile kosztuje ten kwiatek? — pyta Staśka i znowu zdaje jej się, że to ktoś inny za nią przemówił.
— Kwiatek? — powtarza ironicznie monarchini zza lady. — To nie żaden kwiatek; to storczyki. Bo co?
— Chciałabym kupić.
— Panienka? To kosztuje pięć rubli.
— Jeden?
— Taka gałązka. Tego dzielić nie można.
— Pięć rubli! — powtarza Staśka, blednąc.
— A panienka myślała, że pięć kopiejek? — mówi wzgardliwie królowa i odwraca się plecami.
Ale dziewczyna zdaje się nie widzieć i nie słyszeć. Coś ją naprawdę urzekło. Miną lata, a ona nigdy nie potrafi zrozumieć, jak mogła to uczynić. Bo zapomina o lekarstwie, o wszystkim; wie tylko, że ten kwiatek, te storczyki, jak je ta wspaniała panna nazwała, musi kupić i wracać z nimi co rychlej do Luci.