Panienka bowiem wzięła na serio swoją rolę wyręczycielki; wstawała raniutko, krzątała się po domu, po oborach, po kurnikach, odbywała konferencje z kucharzem, godzinami ginęła w lesie, skąd wracała objuczona dzbanami poziomek i koszami grzybów, natomiast oświadczyła wręcz, że na wizyty jeździć nie będzie, bo ją nowe znajomości nudzą, a gdy kto z gości zawitał, nie można jej było do salonu sprosić.

Słyszał kto coś podobnego — mówiła ciotka — dwadzieścia lat „temu”, i już ją nowe znajomości nudzą! I takie „to” dzikie! Gdy sama ze mną, śmieje się, dowcipkuje, rada życiu i światu, a niech tylko obcą twarz zobaczy, zaraz się nastroszy i jak mruk. Może ty ją rozkrochmalisz, choć wątpię; bo powiada, że specjalnie warszawskiej młodzieży nie cierpi.

A cóż jej warszawska młodzież zawiniła? — zapytał, śmiejąc się — Pewno brzydka, więc nie miała powodzenia i stąd ta ansa.

Ale ciotka zaperzyła się ogromnie.

Takżeś trafił jak kulą w płot — rzekła z urazą. — Brzydka! Żebyś tylko takie na tych tam waszych balach widywał. Z pewnością zakasowałaby wszystkie. I gdyby „to” nie było takie dzikie!

Wtem „dzikie” weszło, a raczej wpadło do pokoju (nie wiedząc jeszcze o moim przybyciu). Wiesz, Zeniu, gdym tylko ujrzał tę złotowłosą główkę, tę dziwnie gibką i ruchliwą postać, zaraz przyszła mi na myśl Twoja panna Barbara. Pamiętasz, jak mi się podobała z opowiadania. Ona z pewnością tak musiała wyglądać, jeżeli w ogóle była kiedy na świecie lub będzie równie urocza istota jak ta, którą od wczoraj mam rozkoszną pewność „moją” nazwać! Ach! Zeniu! Jaki ja jestem szczęśliwy!

I to się stało tak szybko! Tak niespodziewanie! Chociaż już od pierwszej chwili, gdym na nią spojrzał, gdym usłyszał jej głos — wiesz, jeżeli głos może być podobny do rosy, padającej na omdlały ze spiekoty kwiat, to jej głos jest taki — zrozumiałem, wyczułem, że coś się we mnie zmienia, coś się budzi. I co w tym najosobliwsze, to, że dotychczas nie wiem, co mnie w niej tak zachwyca: że nawet nie umiałbym Ci powiedzieć, czy jest piękna! Jest sobą, to mi wystarcza. Jest tym wszystkim, czego widocznie potrzebowała moja dusza; czego bezwiednie łaknęło moje serce, by zacząć na nowo żyć. Ona mnie nie oczarowała, lecz odczarowała ze złego uroku, jaki rzuciła na mnie tamta i pod jakim trwałem. Za jej sprawą wiem znów, co to jest miłość, co nadzieja, co wiara w przyszłość i za ten cud odrodzenia chciałbym tylko leżeć u jej drobnych stopek i całować je z wdzięcznością bez granic. Ach! Bo ja tak kisłem, Zeniu, tak nędznie marniałem! Nie myśl, żem tego nie czuł, żem Ci nie przyznawał racji, gdyś mnie do jakiejś pracy pożytecznej, do zakrzątnięcia się około tego szmatu ziemi, który mam po rodzicach, a który na łasce rządcy i ekonomów wegetuje, zapędzał. Ale, widzisz, jedne natury uszlachetnia cierpienie, a inne rozwija radość. Moja do tych ostatnich należy. Widocznie muszę być wielkim egoistą, ale nie takim znów zakamieniałym, żebym poza sobą już niczego więcej dojrzeć nie umiał. Bo to wiem, że gdy ukochane rączyny mojej Klary kielich szczęścia do ust moich poniosą, gdy z niego pić będę, moje ramiona potrafią otworzyć się dość szeroko, by nie tylko umiłowaną kobietę, lecz i inne piękne cele życia do piersi przygarnąć. No, zobaczysz, że twój apatyczny Albin jeszcze dzielnym stanie się człowiekiem.

Ale tymczasem, pozwól mi być zupełnym egoistą i mówić Ci tylko o sobie i o niej. Chociaż, Boże jedyny, jak mi to niedołężnie idzie! Jak to trudno martwym, papierowym słowem najlepszego nawet przyjaciela w głąb własnej duszy wprowadzić. I nawet nie będę próbował opisywać Ci świtania naszej miłości... O! Bo i ja jestem kochanym, Zenonie, bardzo, bardzo, nad zasługę kochanym. Nie, nie będę próbował: bo to by było zupełnie jak gdybym chwycił motyla całą garścią i takiego wymiętoszonego Ci posłał.

Nie mogę jednak przemilczeć pewnego szczegółu, bo on był istotnie ze względu na tę historię trzech filiżanek czarnej kawy, która mnie tak ostatecznie do małżeństwa i rozsądku zraziła, znamiennym. Oto, wyobraź sobie, kiedy to moje najdroższe stworzenie wbiegło do pokoju, nie wiedząc, że prócz ciotki jest tam jeszcze ktoś więcej, pierwsze słowa, jakie od proga z ustek jej padły, były:

— Ach! Cioteczko! Taka jestem zła! — i zabrzmiały mi w uszach jak najcudniejsza muzyka. Już z punktu byłem gotów klęknąć przed nią! Skąd ona mogła wiedzieć, jakim cudnym zmysłem przeczuć, że ja teraz jak ognia boję się... dobrej!?