Nie; ona tego wiedzieć nie mogła; mówiła co czuła, bo jest wcieleniem szczerości i prostoty. Może w tym tkwi jej największy czar. Albo ja wiem zresztą?

I potem często ta „złość” wracała na jej śliczne usteczka, a zawsze w taki sposób, że była jednym więcej ogniwem, które mnie do niej przykuwało. Bo zawsze była „zła” o coś, co świadczyło jaką piękną i czystą ma duszę.

Krótko mówiąc, Zeniu drogi, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Miłość spadła na mnie znienacka jak sęp, ale ukwieca mi piersi jak róża...

Ślub nasz za parę tygodni... Po co zwlekać?... I tak, gdybym był w możności w tej chwili żałować czegoś, to żałowałbym tych lat, które zdała od mojej Klary przeżyłem. Teraz za to nie rozstaniemy się już nigdy, nigdy, nawet na jeden dzień. Klara w tym też do innych panien niepodobna, że nie dba o wyprawę, ani o urządzenie domu. Będziemy sobie razem słali gniazdko. I podróży poślubnej moje szczęście nie chce także. Zaraz po weselu, które się tu u ciotki cichutko odbędzie (Klarunia jest zupełną sierotą, co mnie cieszy, bo z nikim na świecie serca jej dzielić nie będę), pojedziemy do mnie na wieś... Ach! Jakim rajem stanie mi się teraz to wielkie, ponure dworzyszcze, które mnie zawsze taką melancholią i nudą napełniało!

Muszę już kończyć! Słyszę turkot powozu, którym panie moje pojechały na nieszpory; a jam został, aby pisać do Ciebie! Ach! Czemu ja pisać muszę! Czemu Ciebie coś po świecie pędzi, czemu nie możesz być świadkiem mego szczęścia? Jakiż idiota ze mnie! Tak mówię, jak gdyby to moje szczęście miało być czymś przejściowym... A ono przecież trwać będzie zawsze... zawsze... po ostatnie tchnienie mej piersi. Więc jeszcze się go napatrzysz! Prawda? Tylko im prędzej, tym lepiej. Ściskam Cię z całego, najwierniejszego Ci serca; a jeślim Ci był zawsze przyjacielem, to teraz w dwójnasób, bo gdyby nie te trzy filiżanki czarnej kawy... kto wie, jak byłoby się ułożyło życie moje. W błogosławionej chwili opowiedziałeś mi tę historię. I takim Ci wdzięczny; taki wdzięczny!... Jeszcze jeden uścisk.

Twój Albin

Jest godzina czwarta; ale krótki, grudniowy dzień uczynił z tej wczesnej pory zupełny wieczór.

W obszernej jadalni starego dworu, takiej co to karetą w cztery konie można by zawrócić, płonie wesoło ogromna, błyskawiczna lampa; a światło jej przez szklane frędzle jedwabnego, żółtego abażuru leje ciepłe strugi na rokokową porcelanę, stare, cenne kryształy i srebra stołowej zastawy, rozstawionej ze smakiem na śnieżnobiałym obrusie.

Pan Albin i jego żona kończą obiad siedząc naprzeciwko siebie przy zsuniętym na dwoje empirowym, okrągłym stole.

Stary służący, który jeszcze pana Albina dzieckiem pamięta, zmienia ostrożnie talerze, podaje półmiski, stąpając bez szelestu z wyrazem niemal ojcowskiego przywiązania na swej suchej, siwymi faworytami okolonej twarzy.