— Tutusiu! — odzywa się pani Albinowa.
— Co, Ptaszyno? — odpowiada pan Albin.
— Czarna kawa, jak zawsze w twoim gabinecie, prawda, Mziuta?
— Pytasz, Żongieleczku?
Z tej wymiany zdań poznać można, że młodzi małżonkowie znajdują się jeszcze w fazie specjalnego narzecza, poczerpniętego z zoologii, botaniki, mineralogii i dla nich jedynie zrozumiałych nazw i przydomków.
Zapewne, nadejdzie czas, kiedy zaczną sobie mówić po imieniu jak zwykli śmiertelnicy; dziś jednak, choć już kilka miesięcy upłynęło od ich ślubu, wydaje im się, że czas ten nigdy nie nastąpi.
— No, to chodźmy!
Pani Klara zrywa się od stołu. Gdyby była mniej zręczna, z pewnością zrzuciłaby coś i stłukła, lub rozdarła swój blado-niebieski, krepdeszynowy70 szlafroczek, tak bajecznie szybkie są jej ruchy. Pan Albin spogląda na nią z zachwytem. Ta jej nadzwyczajna żywość działa wciąż na niego elektryzująco. Nazywa ją też chętnie „Żywym Sreberkiem” lub „Rtęciątkiem”. I teraz też mówi.
— Tak Rtęciątku spieszno?
— A Nunce nie?