Młoda kobieta zarzuca mężowi obie rączki na ramię i przegina się zaglądając mu w oczy figlarnie. Pan Albin obejmuje w pół jej gibką kibić i tak przechodzą do gabinetu, gdzie obfity ogień na kominku, głębokie, miękkie fotele, puszysty dywan zaścielający całą posadzkę, i pozapuszczane u okien i drzwi grube portiery tworzą wymarzone zacisze dla poobiedniej sjesty. Na dworze śnieg pada gęsty i drobny, i wiatr poświstuje wśród bezlistnych gałęzi parkowych drzew, ale do tej jasnej, ciepłej ustroni żadne zewnętrzne odgłosy nie dochodzą.

Stary służący stawia na stole spirytusową maszynkę, śliczny serwisik do kawy na dwie osoby i zapaliwszy błękitny płomyk pod srebrną beczułką, wychodzi, dyskretnie drzwi za sobą zamykając.

Jeszcze portiera niezupełnie opadła, a już pani Klara siedzi na kolanach męża.

— Nareszcie! — szepcze, wtulając nosek w jego bujną czuprynę.

— Nareszcie! — powtarza pan Albin z najgłębszym przekonaniem i, odchyliwszy w tył złotowłosą główkę żony, wyciska na jej świeżych ustach długi pocałunek.

Można by pomyśleć, że byli rozłączeni lata całe. Tymczasem są wciąż razem pod tym starym dachem rodzinnego domu pana Albina. Ale w dzień on ma różne rachunki i korespondencje, i długie narady z rządcą na temat tych wszystkich ulepszeń, jakie z wiosną zamierza wprowadzić do gospodarstwa; ona krząta się po domu, odwiedza ochronkę, chorych we Wsi. Ta poobiednia godzinka jest ich wyłączną własnością i cieszą się nią zawsze jak dzieci.

— Kiciątko, nalej kawki — mówi pan Albin.

Ledwo to rzekł, już jedna z filiżanek, napełniona ciemnym, wonnym płynem, znalazła się w rączkach pani Klary pomiędzy ich młodymi twarzami. Oboje jednocześnie przykładają usta do jej brzegów i piją, patrząc sobie bliziuteńko w roześmiane oczy.

— Dobraaa? — pyta przeciągle pani Klara.

— Wyborna.