— Ale „inaczej” jeszcze lepsza.

— To prędko „inaczej”.

I znów usta ich łączą się ponad do połowy już wypróżnioną delikatną czareczką, która zaczyna leciutko dzwonić w paluszkach młodej mężatki.

— Boski napój! — odzywa się po długiem milczeniu pan Albin nieco zmatowanym głosem.

— Wiesz, Luńciuś — zaczyna pani Klara — taka jestem zła...

— Złotula moja! — wykrzykuje z zachwytem pan Albin. — I czego moje Zdzieblątko jest złe?... A to tak cudnie, gdy ono jest złe!

Wtem daje się słyszeć lekkie pukanie do drzwi.

— Co to znaczy? — dziwi się pan Albin, bo służba wie, że o tej godzinie nie wolno państwu przeszkadzać. — Kto tam?

— To tylko ja — odpowiada głos, którego brzmienie, acz stłumione fałdami portiery, nie pozostawia ani na chwilę w wątpliwości pana Albina. — Czy wolno?

— Zenio! — woła Albin, biegnąc ku drzwiom.