Wykrzyknikom, powitaniom, uściskom nie ma końca. Pan Albin, rozpromieniony, z dumą dopełnia prezentacji:

— Mój najlepszy przyjaciel! Moja ukochana żona!

Starszy mężczyzna ujmuje w obie dłonie podaną sobie rączkę; wyczuwa jej szczery, ciepły uścisk i, spojrzawszy w świeżą jak jutrzenka twarzyczkę, w czyste, błękitne oczy, nabiera przekonania, że jego młody przyjaciel nie pomylił się w wyborze.

— Aleś nam spadł, jak z nieba! — woła pan Albin. — Na taką zadymkę! Pewnieś zziębnięty?

— I głodny — dorzuca pani Klara. — Zaraz...

Ale pan Zenon zatrzymuje ją.

— Nie, nie, droga pani! Niczego mi teraz nie trzeba, prócz waszego towarzystwa.

— Napij się pan przynajmniej czarnej kawy — zaprasza pani Klara. — Gorąca.

— Oto czysta filiżanka: jakby czekała na ciebie — dorzuca pan Albin.

— Chętnie — odpowiada pan Zenon z uśmiechem. — Ale któreś z państwa nie dzieli widocznie mego amatorstwa do czarnej kawy?