— Oczywiście, że nie — odparł prędko konduktor.

— A jednak ten pan pali...

Konduktor spojrzał.

— Pan nie ma prawa siedzieć w ten sposób z cygarem, czy bez — rzekł ostro. — Tu nie ma miejsca. Proszę wyjść na platformę.

Włoch, ociągając się, usłuchał, ale przy wyjściu obrzucił swoje vis-à-vis74 wprost nienawistnym spojrzeniem. Stanowczo miał pecha do tego popielatego kapelusika, który mu już po raz drugi krzyżował plany.

Za to serduszko czupurnej kobietki wezbrało dumą.

— Muszę opowiedzieć Duśkowi, jak sobie doskonale sama daję radę — pomyślała.

Radość ta jednak nie była długotrwała.

Włoch umieścił się tuż przy drzwiach i palił w dalszym ciągu swoje cygaro, co, jako stojącemu na platformie, było dozwolone, ale on pragnął się jeszcze zemścić. Zaciągał się więc, jak mógł najsilniej, po czym szybkim ruchem, wsadzając głowę do środka, puszczał kłęby dymu pod rondo biednego, popielatego kapelusika. Zabawka ta trwała czas jakiś, ku tajemnemu zadowoleniu pewnej części współjadących. Po akcencie poznali cudzoziemkę i cieszyło ich, że jednak rodak wziął górę.

Ona bowiem już nie protestowała. Gburowaty Włoch przejmował ją teraz lękiem. Znała porywczość męża i przewidywała, że jeżeli mu się poskarży, wyniknie z tego awantura. Milczała więc, krztusząc się i zasłaniając twarz chusteczką. Ale bladła coraz bardziej i zaczynało się jej robić istotnie słabo.