— A ty, Duśku? A ty? — pytała niespokojnie.

— Postoję. Będę miał lepszy widok. Nie troszcz się o mnie, Kotula.

Uścisnął tkliwie jej drobną rączkę i cofnął się w głąb platformy, zapchanej już pasażerami. Konduktor w energiczny sposób spędził czepiających się jej rozpaczliwie maruderów, szarpnął za dzwonek i tramwaj zaczął łukowatymi zakosami spadać w dół po twardym jak granit gościńcu, którego mleczną białość zaróżowiła wychylająca się zza wzgórz albańskich łuna zachodu.

Tymczasem Włoch spojrzał na swe niedoszłe miejsce, jak kot odsądzony od mleka, a że na przeciwległej ławce, dzięki chudości zajmujących ją osób, widniał jeszcze jakiś skrawek wolnej przestrzeni, przylepił się do niej bokiem, po czym, odsapnąwszy, wydobył ohydne, włoskie cygaro i zapalił je z flegmą.

Tak się złożyło, że w tramwaju, zapełnionym samą miejscową publicznością, nikt na to nie zwrócił uwagi; lecz pani Walunia przycisnęła skwapliwie chusteczkę do swego małego noska i obejrzała się niespokojnie.

Widocznym było, że dym tego cygara jest jej wstrętnym i że szuka swego naturalnego opiekuna, aby ją z tego kłopotu wybawił.

Lecz naturalny opiekun był niewidzialny w tłoku platformy.

Natomiast zjawił się konduktor, odbierający bilety od pasażerów.

Młoda kobieta zdobyła się na odwagę.

— Panie konduktorze, czy to wolno palić w tramwaju? — zapytała bardzo dobrą włoszczyzną.