— Przecież to ostatni tramwaj!
— I cóż stąd? Są tu hotele. W ostatecznym razie zanocujemy.
— Ach! Duśku! Jakże? Bez rzeczy? I w pensjonacie niepokoiliby się o nas. A to tacy dobrzy ludzie ci nasi patronowie73! Ja ich tak lubię.
— Ty wszystkich lubisz, kociaku — roześmiał się mąż.
— O! Wcale nie! — zaprotestowała z żywością, jak gdyby przeciwko ciężkiemu zarzutowi. — Wcale nie... Na przykład, te... okropne kobiety, które mi pokazywałeś! Mam do nich wstręt.
— A jesteś ich ciekawa! Ciągle się o nie wypytujesz!
— To swoją drogą! Ale ich nie cierpię. A ty jesteś brzydki, bo mi dokuczasz.
Tak przekomarzając się urywanymi zdaniami, wpadli na obszerny plac Mino przed katedrą i przebiegli wzdłuż szeregu straganów z wyrobami ze słomy florenckiej.
Wnet zawirowała dokoła nich żółta chmura woreczków, wachlarzy, ramek, lecz oni przedarli się mężnie przez ten zwał natarczywie zachwalanego i wpychanego im towaru.
Tramwaj istotnie tylko co miał ruszyć i jako ostatni w dniu był oblężony. Jedno wszakże miejsce u samego wejścia znalazło się niezajęte, a raczej miał je już zająć opasły, szpakowaty Włoch, lecz pan Dusiek tak zręcznie zamanewrował, że nim tamten namyślił się opuścić swe ciężkie kształty na ławkę, już siedziała na niej, wśrubowana do środka, pod jego ramieniem, młoda mężateczka.